Dwa amerykańskie rekordy – udział zysków w dochodzie narodowym najwyższy, a płac najniższy od dekad

Dwa amerykańskie rekordy – udział zysków w dochodzie narodowym najwyższy, a płac najniższy od dekad
Fot. stock.adobe.com / maniacvector
Wg amerykańskiego Biura Analiz Gospodarczych (U.S. BEA), zyski amerykańskich korporacji po opodatkowaniu stanowiły w II kwartale 2026 roku niemal 12 proc. dochodu narodowego USA. Jest to najwyższy udział w latach po II wojnie światowej, pisze Jan Cipiur,

Obecny boom napędza bonanza w AI oraz sektor naftowy, zarabiający krocie na spadku podaży ropy i paliw w związku z wojną USA i Izraela z Iranem.

Czy to wyskok, czy trwała tendencja – oto jest pytanie! W najnowszej historii Stanów Zjednoczonych bywały lata, kiedy udział zysków w dochodzie narodowym nie dochodził do nawet 5 proc.

Było tak w początku lat 50. dwudziestego wieku, w połowie lat 70. (kryzys naftowy), w drugiej połowie lat 80. („czarny poniedziałek” 19 października 1987 r. i krach giełdowy) oraz w roku 1991 (wysoka inflacja i stopy procentowe, inwazja Iraku na Kuwejt, kryzys kas oszczędnościowo-pożyczkowych).

Dziś na rekordowym poziomie ok. 17 proc. jest też średnia marża w amerykańskim sektorze przedsiębiorstw.

Dochód Narodowy (ang. NI) i PKB to dwie różne wielkości, przy czym dochód narodowy netto jest od dawien dawna zawsze niższy od produktu krajowego brutto.

Poza wartością wytworzonych dóbr i usług w rachunku PKB uwzględniona jest amortyzacja, czyli zużycie kapitału pomniejszone o odprowadzone do fiskusa podatki pośrednie (VAT, akcyza, cła).

Czytaj także: Stany Zjednoczone zdecydowały o 5-letniej karencji prac dot. wprowadzenia CBDC

Dochody zagraniczne

Na dochód narodowy składają się natomiast wynagrodzenia pracowników, zyski firm, odsetki, czynsze, dochody właścicieli kapitału.

W rachunku dochodu narodowego trzeba też uwzględnić dochody uzyskane przez „nasze” firmy za granicą minus wypłacone dochody działających „u nas” firm zagranicznych.

Są to tzw. dochody netto z zagranicy, które mogą być wielkie, ale we współczesnych realiach są zawsze mniejsze od amortyzacji pomniejszonej o podatki pośrednie i właśnie dlatego PKB jest zawsze wyższy od dochodu narodowego netto.

Podręcznikowym przykładem wielkich korzyści czerpanych z inwestycji zagranicznych jest Japonia. Jej dochód z zagranicy netto, czyli po potrąceniu wypłat z tego samego tytułu na rzecz zagranicznych inwestorów zaangażowanych w Japonii, wzrósł wg MFW z ok. 57 mld dol. w 1996 r. do ok. 280 mld dol. w 2025 r.

Same tylko dochody zagraniczne Japonii są porównywalne z PKB Finlandii, Portugalii i Grecji oraz znacznie większe niż produkty krajowe brutto Węgier, Słowacji i Chorwacji.

Na drugim miejscu są w świecie Niemcy, których dochód zagraniczny netto wyniósł w 2025 r. ok. 182 mld dolarów.

W USA dochody zagraniczne falują. W 2021 r. wyniosły 253 mld dol. i były wyższe od japońskich (202 mld dol.). Jednak w 2025 r. zmalały do 12,8 mld dolarów.

Jest to efekt wzrostu stóp procentowych po pandemii, wskutek czego wzrosły wprawdzie dochody zagraniczne, ale jeszcze bardziej wypłaty odsetek zagranicznym posiadaczom amerykańskich obligacji skarbowych i korporacyjnych.

Przyziemny wniosek z tego fragmentu brzmi, żeby nie dawać wiary wieszczom twierdzącym na podstawie złudnych porównań, że spełnia się właśnie marzenie Lecha Wałęsy o „drugiej Japonii” w Polsce.

Do jej dogonienia musielibyśmy założyć siedmiomilowe buty, podczas gdy w kategoriach prorozwojowej polityki gospodarczej od długich lat człapiemy w trepach.

Zyski korporacji i płace pracowników

Intuicja podpowiada, że jeśli w dochodzie USA wzrósł istotnie udział zysków korporacji, to musiał się zmniejszyć udział płac.

I rzeczywiście – spadł on do 53,7 proc., czyli najniższego odsetka od pierwszej połowy lat 60. dwudziestego wieku, kiedy wynagrodzenia stanowiły 66-67 proc. dochodu narodowego USA.

Spadek przez ok. 60 lat udziału wynagrodzeń o 13-14 punktów procentowych w dochodzie narodowym USA nie oznacza, że zmalały jednocześnie płace pracowników na stanowiskach nie-kierowniczych, tj. tzw. niebieskich kołnierzyków (blue collars).

Nie zmalały, ale od 1965 r. wzrosły po odjęciu efektu inflacji ledwo, ledwo, bo jedynie o 15-20 proc. Wskaźnik realnej wysokości płac w USA wzrasta do 40-60 proc, gdy uwzględnić benefity, tj. ubezpieczenia zdrowotne, plany emerytalne i drobniejsze dodatki.

Ocena wzrostu płac białych kołnierzyków jest o wiele bardziej złożona, bo w grupie tej mieszczą się zarówno kierownicy sklepów, jak i prezesi gigantycznych korporacji oraz miliony „nerdów” z Doliny Krzemowej i podobnych skupisk rozwoju najnowszych technologii.

Na podstawie literatury można jednak przyjąć, że bardzo niespójna grupa absolwentów szkół wyższych zarabia w Stanach  w gotówce realnie o ponad 50 proc. do ponad 100 proc. lepiej niż 60 lat temu, a z benefitami wskaźnik wynosi od ponad 70 proc. do ponad 130 proc.

Po kieszeni dostali rzecz jasna przede wszystkim ludzie z łopatami lub przy maszynach. Gorycz i wściekłość robotników amerykańskich jest tym większa, że znacznie bardziej od płac wzrosła wydajność ich pracy.

Wg Economic Policy Institute, który w drugim członie swej nazwy podkreśla, że jest think-tankiem ludzi pracy (The Working People’s Think Tank), do 1979 r. wynagrodzenia niemal nadążały za wzrostem wydajności.

W okresie 1948-1979 średnioroczny wzrost wydajności wynosił 2,5 proc., a wynagrodzeń z benefitami 2,1 proc.

W następnych latach nożyce zaczęły się rozwierać. Od 1980 do II kwartału ’26 wydajność rosła rocznie o 1,4 proc., a płace o 0,6 procent.

W tych samych latach łączny wzrost wydajności wyniósł ok. 94 proc. a płac o 33 proc., a więc wydajność wzrosła trzy razy bardziej niż wynagrodzenia.

Gdy spojrzeć na te wskaźniki przestaje tak mocno dziwić poparcie dla idei MAGA i sukces wyborczy Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich 2024 roku.

Zdumiewa wszakże sojusz dużej części blue collars z obecnym prezydentem. Trudno go wprawdzie nazwać współczesnym wcieleniem dziewiętnastowiecznych baronów – rabusiów (robber barons) w rodzaju Rockefellera, Carnegie, czy Vanderbildta, bo to nie ten rozmiar kapelusza, ale „gilded baron” (pozłacany baron) – pasowałoby jak ulał.

W debacie oksfordzkiej zadałbym konfrontacyjne pytanie czy wzrost wydajności pracy w Stanach to pochodna wytężonej pracy rąk, czy jednak przede wszystkim postępu technicznego, automatyzacji, robotyzacji i od niedawna – zaprzęgania do pracy sztucznej inteligencji AI.

Albo inaczej – czy dobrze jest pomnażać kapitał, żeby przyspieszać rozwój, czy lepiej jest dzielić zyski na ogół mieszkańców, bo tak będzie, ale tylko przez jakiś czas, sprawiedliwiej.

Kolejne zasadne pytanie brzmi, czy bać się sztucznej inteligencji odbierającej pracę ludziom? Z zastrzeżeniem, że nie wiem, czy uda się nam utrzymać AI na łańcuchu i nałożyć na sztuczną inteligencję kaganiec – odpowiem, że ze sztuczną inteligencją jest jak z mechanicznymi krosnami z początku XIX wieku.

Wielu ludziom odebrały dobrą pracę, ale w długim okresie rewolucja przemysłowa doprowadziła do skokowego wzrostu dochodów i poziomu życia, choć jak zawsze był to wzrost nierównomierny.

Jan Cipiur

Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 50-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS.

Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym. Jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP).

Źródło: BANK.pl