Amerykańska „jenterwencja”

Amerykańska „jenterwencja”
Fot. stock.adobe.com / Ruslan
W końcu lipca ’26 Stany Zjednoczone sprzedawały euro i kupiły za nie bardzo dużo jenów, rzucając w ten sposób koło ratunkowe bardzo słabej walucie Japonii. Chociaż Donald Trump burknął w tej sprawie tylko, że „z oczywistym wyłączeniem Pearl Harbour, Japonia była dla nas bardzo dobra”, to interwencja ta nie jest bezinteresowna, pisze Jan Cipiur.

W ostatnich dniach lipca ’26 na zakup jednego dolara trzeba było wysupłać aż 163 jeny i 40 senów. Japońskich groszy nie ma wprawdzie w obiegu od końca 1953 roku, ale końcówkę kursową wypada przecież jakoś nazwać.

163 : 1 jest dwudziestopierwszowiecznym rekordem słabości jena, podczas gdy rekord jego mocy pobity został w 2011 roku i wynosi 75,72 JPY. Czyżby pieniądz Nipponu zleciał z klifu?

Bezpośrednią przyczyną obecnego załamania kursu japońskiego pieniądza, była wielka podaż jenów, a zbyt duża podaż oznacza spadek ceny.

Wielka dostępność jenów jest z kolei wynikiem tzw. carry trade, czyli gry finansowej uprawianej na wystarczająco dużych różnicach stóp procentowych w różnych państwach, w tym wypadku na wysokich stopach w USA i niskich w Japonii.

Carry trade – biznes zza biurka dla wyjadaczy

Działa to tak. Jen dołuje, mam jako inwestor spekulant świetne zabezpieczenie i pożyczam w Japonii jeny „po taniości”, czyli powiększam emisję tej waluty. Zamieniam pożyczone jeny na dolary i kupuję za te drugie jak najbardziej rentowny instrument finansowy. Czekam aż jego kurs wzrośnie, a gdy tak się staje zamykam tę inwestycję.

Za część uzyskanych przychodów w dolarach znowu kupuję ciągle niesłychanie tanie jeny, spłacam japońską pożyczkę, liczę sowity zysk na zatrzymanej różnicy i idę oblać zarobek do najbliższego baru.

Nie ma oficjalnych danych, ale wielkie banki amerykańskie szacują, że carry trade na jenie był w 2025 roku największy w historii i przekroczył prawdopodobnie 1 bilion (1 000 mld) dolarów tzw. ekspozycji. Pojawiają się opinie, że ekspozycja wyniosła nawet 1,5 biliona dolarów.

Po drugiej stronie równania, w wyniku wojny z Iranem i w ogóle niepokojącego stanu świata, zasoby finansowe zmierzają stadami do najbezpieczniejszej przystani dolarowej, więc dolar się wzmacnia, także kosztem jena.

Każde państwo cieszy się, gdy jego firmy mają wielkie zyski na tym, czy na tamtym, ale wielkie rozmiary carry trade zaczęły jednak zagrażać USA i dlatego tamtejsze ministerstwo finansów uznało, że konieczna jest interwencja w obronie japońskiego pieniądza polegająca na skupie jenów.

Czytaj także: Japonia odchodzi od polityki oszczędności

Pominięta Europa

Szef Departamentu Skarbu USA Scott Bessent nie zachował się podczas tej operacji jak trzeba – nie powiadomił prezeski Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde o wyprzedaży euro z amerykańskich zasobów. Zadzwonił do niej w tej sprawie dopiero po fakcie, tj. 1 sierpnia ’26.

To zła wiadomość, ponieważ takie przedsięwzięcia były do tej pory koordynowane przez zainteresowanych. Zlekceważenie tej reguły przez USA jest kolejnym poważnym uchybieniem w ich relacjach z Europą.

Financial Times napisał o opiniach, że motywem sięgnięcia przez Amerykę po euro zamiast po dolary było przekreślenie potencjalnych podejrzeń, że rząd USA porzuca zasadę „silnego dolara” – zaś mało wiarygodnym powodem niepoinformowania ECB o zamiarze wyprzedaży euro miałaby być konieczność zachowania operacji w jak największej tajemnicy.

Trzy powody jenterwencji

Od ponad dekady Japonia jest największym posiadaczem amerykańskich obligacji skarbowych (Treasuries). Ma ich w portfelu ok. 1,1 biliona (1 100 mld) dolarów.

Istniała uzasadniona obawa, że w celu stabilizacji własnej waluty Japonia zacznie je wyprzedawać w szybkim tempie. Skutkiem byłby wzrost rentowności Treasuries w wyniku spadku ich ceny.

Pociągnęłoby to za sobą wzrost kosztów utrzymywania olbrzymiego długu publicznego USA, bowiem nowe emisje amerykańskich obligacji skarbowych musiałyby być atrakcyjniejsze dla nabywców, a więc kosztowniejsze dla emitenta.

Po drugie, Stany Zjednoczone nie chcą kryzysu walutowego w Japonii, bo stanowi ona silną przeciwwagę dla Chin i jest kluczowym sojusznikiem USA w Azji.

Po trzecie, bardzo słaby jen wzmacnia japońskich eksporterów zakorzenionych na rynku amerykańskim, a prezydent Trump obiecuje przecież odnowę amerykańskiego przemysłu.

W ujęciu długookresowym winę za obecną niemoc japońskiej waluty ponoszą strupieszałe fundamenty makroekonomiczne Japonii, która nadal jest wprawdzie wielką potęgą gospodarczą, tyle że w jeszcze większych tarapatach.

W XXI wieku średnioroczny realny wzrost gospodarczy Japonii wynosił 0,7-1,0 proc. podczas gdy w całym klubie OECD 2,0-2,5 procent.

Japonia rośniej wolniej niż obszar OECD przede wszystkim z powodu starzenia się społeczeństwa w połączeniu z niechęcią Japończyków do gaijin, czyli obcych, co wyklucza korzystanie z gastarbeiterów, oraz w rezultacie relatywnie niskiej produktywności, szczególnie w usługach.

Uporczywa deflacja oraz ograniczenia fiskalne utrwalają marazm

Historycznym źródłem tendencji deflacyjnych jest pękniecie olbrzymiej bańki nieruchomościowej na początku lat 90. poprzedniego wieku. Firmy i Japończycy nie tylko stracili wielkie pieniądze, ale za wszelką cenę dążyli do spłacenia długów zaciągniętych na zakupy drożejących wtedy stale domów, budynków, ziemi.

Efektem zaciskania pasa po pęknięciu nie bańki a bani – był spadek inwestycji, czego skutkiem jest luka wydajności.

Ograniczenia fiskalne wynikają natomiast z bardzo kosztownych, lecz nieudanych prób pobudzania gospodarki poprzez inwestycje infrastrukturalne i stymulowania firm subsydiami oraz wielkiego wzrostu wydatków socjalnych, zwłaszcza na emerytury.

Zamknęło się koło: deflacja obniża wzrost, niski wzrost oznacza mniejsze wpływy podatkowe, więc rośnie dług publiczny i tym samym nie ma przestrzeni na aktywne mechanizmy fiskalne, co utrudnia wzrost…

Interweniowała głównie sama Japonia

W obiegu pojawiło się zdjęcie notatki S. Bessenta o treści „Buy Japanese Yen (JPY) $5-10 Bil. Jej prawdziwość uwiarygodniła agencja Reuters, która powołała się na nią w informacji o „jenterwencji”.

USA nie były jednak głównym aktorem w grze o jena. Ameryka jedynie wspomagała Skarb Japonii, który w tym samym czasie kupił w dwa dni jeny za ok. 96 mld dolarów.

W 2024 roku dzienne obroty na globalnym rynku walutowym Forex (FX) wynosiły ok 12 bilionów (12 000 mld) dolarów. Sto miliardów dolarów z małym „hakiem” to na tak wielkim rynku dużo, ale nie wielkie mnóstwo.

Nic dziwnego, że japońska walut wzmocniła się tylko o kilka-kilkanaście jenów i 8 sierpnia ’26 kurs USD/JPY wynosił ok. 158 jenów za 1 dolara, czyli w porównaniu z rekordem słabości jen poprawił się bardzo nieznacznie.

Główna korzyść z jenterwencji to zatem sygnał, że jen będzie broniony.

Jan Cipiur

Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.

Jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP).

Źródło: Portal Finansowy BANK.pl