Płaca minimalna w niebezpiecznej pogoni za medianą zarobków
Eurostat przeliczył, że w 1999 roku płaca minimalna wynosiła w Polsce równowartość 159 euro, a w czerwcu ’25 – 1091 euro. Wzrosła zatem ok. 7 razy.
Z jednej strony powinna była wzrosnąć, bo rosła również Polska. Z drugiej – czy nie szybowała o wiele za szybko i poleciała o wiele za wysoko?
PKB Polski wzrósł w tym samym okresie ok. 5,4 razy, więc dla świętego spokoju można byłoby machnąć ręką, ale są jednak powody do niepokoju.
Kaitz index: Polska w czołówce Europy, ale…
Gdzieś w mysiej dziurze schował się nam na lata tak zwany Kaitz index. Wskaźnik ten pokazuje proporcję między medianą płac a płacą minimalną.
W minionych dekadach, podobnie jak w państwach najlepiej rozwiniętych, urósł on w Polsce bardzo wyraźnie. Na początku obecnego stulecia płaca minimalna stanowiła u nas ok. 40 proc. mediany.
W 2024 roku GUS podał, że mediana wynagrodzeń w gospodarce narodowej wyniosła 6 641 zł, a płaca minimalna, w zależności od miesiąca 4242 – 4 300 zł. Wskaźnik Kaitza wyniósł zatem ok. 65 proc. i urósł przez ćwierćwiecze o ok. 25 punktów procentowych.
Pod względem wysokości indeksu Kaitza Polska jest w czołówce Europy.
The Economist powołuje się na dane, wg których wskaźnik w wysokości ok. 60 proc. współdzielimy z Koreą Południową i Wielką Brytanią.
Z kolei wg Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy Eurofound, bieżący „Kaitz” plasuje nas z Portugalią, Hiszpanią i Francją w czołowej czwórce Unii Europejskiej.
Żaden to powód do zadowolenia. Intuicja w harmonii z wiedzą formalną i doświadczeniem podpowiadają, że w doganianiu przez płacę minimalną mediany i średniej nie ma nic mądrego. No chyba, że marzeniem jest „urawniłowka” i wraz z nią niedługo powszechna bieda, jako że w socjalizmie na pomyślność ogółu i jednostek pracują wyłącznie nikomu nieznani „oni”.
Czytaj także: Płaca minimalna w Polsce najwyższa wśród państw CEE – członków UE
Ekonomiści w nieustających sporach
Oklaskom na wieści o coraz wyższej płacy minimalnej, dochodzie i żądaniach krótszego tygodnia pracy sprzyja rozdwojenie, roztrojenie… wśród ekonomistów. Podział ów dzieje się w zgodzie z bon motem, że tam gdzie dwóch ekonomistów, tam trzy opinie, jeśli nie więcej.
Wynika to z tego, że przenośnie rzecz ujmując, jeden mierzy calówką, drugi centymetrem, trzeci w sążniach itd. Każdemu może zatem wyjść coś innego niż innym.
Jednak przede wszystkim ekonomia bada procesy kwantowe, czyli niesłychanie zmienne i zależne od sił niepoznanych, takich jak np. chwiejne sądy i poczynania człowieka.
Wg poprawnej metodologicznie pracy pt. „Did California’s Fast-Food minimum Wage Reduce Emplyment?” (NBER, July 2025), obowiązkowe podwyższenie w tym stanie we wrześniu 2023 roku płacy minimalnej w obiektach szybkiego, ale byle jakiego jedzenia z 16 do 20 dol. za godzinę, spowodowało wzrost wynagrodzeń w całym tym sektorze o 8 proc. Czy to niedobrze? – spyta wielu retorycznie.
Otóż przez dwa lata przed podwyższeniem wynagrodzenia minimalnego zatrudnienie ogółem w lokalach fast food rosło w Kalifornii nieco szybciej niż w reszcie kraju. Po roku od wejścia w życie odpowiedniej ustawy stanowej (Assemby Bill 1228) spadło o 2,7 proc. w tym samym porównaniu.
Wariantowe podejścia ujawniły, że przez rok zniknęło w stanie ok. 18 000 miejsc pracy, które zostałby zachowane, gdyby nie wdrożenie AB 1228. Kalifornia to najludniejszy stan federacji, więc ubytek był nie do zauważenia.
Płaca minimalna to „zabójca” miejsc pracy?
Jeden z autorów pracy, która ukazać się ma wkrótce w Journal of Labour Economics polemizuje z tezą, że minimalna płaca to dość nierychliwy, ale jednak „zabójca” miejsc pracy. Ujawnił, że jemu i jego współautorom wyszło, że „płace minimalne w wysokości 15 dolarów i więcej nadal kompensują siłę monopsonistyczną, nie powodując utraty miejsc pracy i wywołując jedynie nieznaczny wzrost cen”.
(W monopsonie wielu pracowników ubiega się o przychylność małej liczby pracodawców, którzy mogą dzięki temu dyktować swoje warunki.)
Ostatnio pojawiło się na Zachodzie w tej sprawie znacznie więcej prac badawczych. Jedni autorzy twierdzą na ich podstawie, że raju płacowego trzeba szukać na południu, inni – że wcale nie, bo tylko na północy.
Zbliżenie z mocno potencjalną prawdą „obiektywną” postępuje, gdy szukać szerzej i głębiej, i posługiwać się łopatką i zmiotką, a nie szuflą i grabiami.
W wielkim skrócie: wbrew intuicji, w wyniku umiarkowanego podwyższenia płacy minimalnej zatrudnienie może i nie ucierpi, albo spadnie tylko bardzo nieznacznie, ale może m.in. dochodzić i dochodzi do skrócenia i wymuszania intensywniejszej pracy.
Ponieważ płaca minimalna dotyczy też tzw. robót fizycznych, efektem mogą być częstsze wypadki przy pracy. Zagrożone są składniki pozapłacowe, takie jak bonusy, czy (w USA) ubezpieczenia zdrowotne.
Jednak przede wszystkim, w dłuższym okresie nadmiernie wysoka płaca minimalna, oferowana w systemach niewynaturzonych głównie osobom bez kwalifikacji, prowadzi do utraty zdolności konkurencyjnych w wyniku zaniku bodźca do ustawicznego kształcenia i pozyskiwania większych umiejętności, co w czasach ciągłego pojawiania się coraz bardziej wyszukanych technologii zdaje się być koniecznym warunkiem powodzenia.
Wyobraźmy sobie czarny scenariusz, w którym nastąpiło zrównanie najniższej płacy gwarantowanej z medianą. Skoro płace połowy osób zatrudnionych w gospodarce musiałyby być wymuszane siłą przez państwo, to czy naprawdę miejsca pracy tych ludzi byłyby potrzebne komukolwiek poza nimi samymi.
W rozumowaniu mniej kategorycznym płaca minimalna bardzo bliska mediany wysokości zarobków oznacza, że aż połowa zatrudnionych uciekła z pola działania efektywności ekonomicznej. To oznaczałoby powrót zasady „czy się stoi, czy się leży, x tysięcy się należy”, czyli: niech pracują oni, ja poleżę.
Tyle, że wkrótce zlegliby, leżeliby, polegliby wszyscy…
