Odbudowa miejsc pracy w przemyśle to zawracanie Wisły kijem
W USA „na roli” pracuje dziś zaledwie ok. 0,7 proc. mieszkańców, w Polsce jeszcze ok. 8 proc. Spadek zatrudnienia w rolnictwie jest rezultatem, najpierw postępującego, a następnie gwałtownego wzrostu produktywności (wydajności). Podobny proces trwa teraz w zachodnim przemyśle.
Odwrócenie takich zmian jest niemożliwe. Nawet Donald Trump wierzący, że znowu mu Ameryka kominami zakwitnie wie chyba, że nawet najsilniejsze państwo nie jest w stanie utrzymać miejsc pracy tworzonych na przekór obiektywnym procesom.
Niechby przyjęły to do wiadomości również niedobitki polskich żałobników po „Ursusie” i setkach innych pomników socjalizmu.
Silnie konkurencyjne „tygrysy” z Azji
Kika dekad temu doszedł czynnik, który można porównać do turbosprężarki w silnikach spalinowych. Chodzi o globalizację oraz „China factory”, do której dołączyły następne ośrodki, np. w Wietnamie.
Wydajniejsza konkurencja zagraniczna przechwytująca zamówienia na produkcję dzięki niższym kosztom własnym ma moc tsunami, które po dotarciu do linii brzegowej zwala wszelkie mury, także te zmurszałe – fabryczne. Ale uwaga: nie jest w stanie naruszyć murów, za którymi powstają najnowsze technologie.
Ponad ćwierć wieku temu zwiedzałem w Korei Południowej jedną z fabryk nieistniejącego już olbrzymiego konglomeratu industrialnego Daewoo. Żaden z przewodników o tym nie mówił, sami mieliśmy dostrzec, że w olbrzymiej hali montażu nadwozi samochodowych między automatami spawalniczymi i robotycznym kręci się tylko kilkunastu, może dwudziestu ludzi.
Gdy wydajność natrafia na granice konsumpcji
Szef doradców ekonomicznych prezydenta Bidena, pisujący teraz dla The New York Times Jason Furman obliczył „na serwetce”, że statystyczny pracownik amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego produkuje obecnie trzy razy więcej o niebo lepiej wyposażonych i bardziej skomplikowanych samochodów niż 50 lat temu.
Zauważył jednocześnie, że amerykański konsument nie potrzebuje dziś trzy razy więcej aut niż miał kiedyś.
Mimo wszelkich utyskiwań, ludzie w USA stale się bogacą i gdy już spłacili dom, a dzieci są po studiach, nie kupują nowych telewizorów, mebli, laptopów itd. Wydają natomiast stale więcej i więcej na najprzeróżniejsze usługi: zdrowotne, urlopowe, gastronomiczne…
Rosnąca wydajność w połączeniu z coraz bardziej niemrawym popytem na dobra trwałe zaczęła zaznaczać swój wpływ na liczbę miejsc pracy w amerykańskim przemyśle już trzy ćwierci wieku temu.
Przywołani w innym miejscu przez Jasona Furmana Lorenzo Caliendo i Fernando Parro („Lessons from US-China Trade Relations”) doszli do wniosku, że w okresie 20 lat XXI wieku „chińska ekspansja handlowa nie wydaje się być głównym powodem spadku liczby miejsc pracy w amerykańskim przemyśle, zaś wojna handlowa z Chinami zaowocowała stratami w dobrobycie przy małych efektach w zatrudnieniu”.
Polityka przemysłowa podejmowana w celu ochrony industrialnych miejsc pracy jest w końcowym efekcie nieskuteczna. Można powstrzymywać spadek zatrudnienia w hutnictwie, ale w konsekwencji nieuniknionego wzrostu cen rodzimej stali chronionej cłami i kwotami wwozowymi, spadnie zatrudnienie w wysoko marżowych wytwórniach pojazdów, AGD, maszyn itd.
Tworzy się sytuacja „zamienił stryjek siekierką na kijek”, co sprowadza się do wypychania z rynku pracy „zdrowych” miejsc niesubsydiowanych przez miejsca subsydiowane przez państwo.
U.S. Bureau of Labor Statistics podało, że w grudniu 2025 r. (ręce opadają, gdy pomyśli się w takim kontekście o sprawności GUS), że nie uwzględniając stanowisk w nadzorze, wynagrodzenie godzinowe w amerykańskim przemyśle przetwórczym (manufacturing) wynosi 30 dolarów, podczas gdy kierowca ciężarówki zarabia statystycznie 32 dolary, robotnik w handlu hurtowym – 33 dolary, a budowlaniec – 38 dolarów.
W tamtejszych warunkach pchanie ludzi na siłę do niekonkurencyjnego przemysłu oddala ich marzenia o dołączeniu do szeroko definiowanej klasy średniej. Podobnie zaczyna być w Polsce.
Czytaj także: Minęła pierwsza rocznica Liberation Day ogłoszonego przez Donalda Trumpa, czas na podsumowanie efektów gospodarczych
Na rynku pracy rosną w siłę sektory usługowe, nie przemysłowe
Czytelnicy nieuważni i nazbyt szybcy w wyciąganiu złych wniosków niechby zwrócili jednak uwagę na słowo „niekonkurencyjny” użyte w poprzednim zdaniu.
Jeszcze raz – proces zamiany miejsc pracy w przemyśle na miejsca w usługach ma charakter globalny.
Noblista Dani Rodrik wskazuje zatem, że sny o odrodzeniu przemysłowym Zachodu to fantasmagorie. Wydał książkę m.in. w tej sprawie pt. “Shared Prosperity in a Fractured World: A New Economics for the Middle Class, the Global Poor, and Our Climate”.
Wywiódł, że w Chinach trwa ten sam proces, któremu podlega Zachód. Wprawdzie co roku mają coraz większą nadwyżkę w handlu towarami przemysłowymi (bo nie produkują już głównie tandety, jak kiedyś), ale między 2011 a 2020 rokiem utraciły 31 milionów miejsc pracy w przemyśle.
Uznał, że politycy amerykańscy przedkładają nostalgię za znikającą pracą w przemyśle nad skupianiem się nad zwiększaniem wydajności wszędzie indziej w gospodarce. To ze wszech miar słuszna uwaga odnosząca się także do liderów za granicą.
Jason Furman zakończył swoje uwagi celnym zdaniem: – (Rozsądna) strategia gospodarcza polegałaby na tym, by przestać mierzyć sukces liczbą ponownie uruchomionych linii produkcyjnych i zacząć skupiać się na tym, co faktycznie podnosi poziom życia: na wydajności, przystępności cenowej i wzroście całej gospodarki.
