Opinie. Felieton: Era deglobalizacji
Dokąd zmierzamy? Te banalne, stricte filozoficzne pytanie, znów stało się istotne. Dlaczego? Bo wojna światowych potęg (USA i Chin) weszła chyba już w nową fazę.
Dokąd zmierzamy? Te banalne, stricte filozoficzne pytanie, znów stało się istotne. Dlaczego? Bo wojna światowych potęg (USA i Chin) weszła chyba już w nową fazę.
W swojej długiej pracy, jako analityk, często spotkałem się ze stwierdzeniem, że to politycy nie znają natury rynków finansowych, przez co nieraz zachowują się jak szkodnicy, niszcząc to, co zostało wypracowane przez „siły rynkowe”. Przywoływaną argumentacją jest brak ekonomicznej wyobraźni oraz skupienie się na politycznych interesach, co potocznie można nazwać walką o stołki przy akceptacji demokratycznego wyboru dokonywanego przez społeczeństwo.
Myślę, że to będzie jedno z ważniejszych filozoficznych pytań XXI wieku. To, na ile sztuczna inteligencja będzie w stanie zastąpić (tak to znacznie ładniejsze słowo od „wyeliminować”) człowieka z jego istotnych zadań, które do tej pory pozostawały pod jego kontrolą. Zresztą, czy zaufaliby państwo robotowi? Idąc dalej, czy powierzyliby mu państwo w zarządzanie oszczędności swojego życia?
Nie zazdroszczę brytyjskim politykom sytuacji, w jakiej się znaleźli. Polityczną schizofrenię zafundowali ci, którzy teraz nie są już na świeczniku. Twarze brexitu to Farage i Johnson. Pierwszy nie jest już nawet szefem partii, którą kiedyś zakładał (UKIP), a drugi przez pewien czas był nieco „kontrowersyjnym” szefem MSZ w rządzie premier May, ale ustąpił, sprzeciwiając się nazbyt łagodnej linii rządu w negocjacjach z Unią Europejską. Teoretycznie schemat według Johnsona miał być prosty i zero-jedynkowy. Chyba jednak nawet on sam nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie jest on możliwy do zrealizowania….
W Niemczech skończyła się era Merkel, chociaż Frau Angela formalnie pozostanie kanclerzem do końca kadencji. We Francji Emmanuel Macron złamał się po protestach „żółtych kamizelek”. We Włoszech z kolei Liga Północna ma coraz większe zakusy na rządy przy marginalizacji Ruchu 5 Gwiazd. Czy czeka nas ciekawy rok?
Koniec roku zwyczajowo rodzi masę pytań o nadchodzącą przyszłość. W mediach obserwujemy wysyp komentarzy, analiz, czy też może nazywając rzeczy po imieniu – „przepowiedni”. Każdy wybierze z tego, co mu najbardziej odpowiada.
Teoretycznie temat wydaje się zbędny, gdyż niemiecka scena polityczna należy do najbardziej stabilnych w Europie. Tyle że nie sposób ignorować pewnych tendencji, jakie zaszły w ostatnich latach na naszym kontynencie. To zmierzch rządzących od dziesięcioleci ugrupowań, pojawienie się nowych sił i rozbicie duopoli.
O czym mowa? Amerykański dolar – na przestrzeni ostatnich dziewięciu miesięcy przegrał tylko w relacji z… meksykańskim peso odrabiającym straty z poprzedniego roku, ale wspartym dobrymi danymi makroekonomicznymi oraz ocaleniem porozumienia NAFTA. W innych relacjach to dolar jest królem – prawdziwy pogrom przeżyła turecka lira, na drugim miejscu znalazł się brazylijski real, a na trzecim południowoafrykański rand, dalej indyjska rupia i rosyjski rubel.
Turcja – wielki, kraj z wieloma aspiracjami, które nigdy nie zostaną spełnione. O ile obecność w NATO jest bardziej strategicznym celem dla zagranicznych partnerów mających tu „bazę wypadową” na Bliski Wschód oraz pewne równoważenie dla obecności Rosji w Syrii, o tyle sprawa obecności Turcji w Unii Europejskiej zawsze miała wielu przeciwników.
Szeryf Trump może nie sprawdzić się w swojej roli obrońcy interesów Stanów Zjednoczonych. W końcu czerwca jedna z firm będących ikonami amerykańskiego przemysłu, czyli Harley-Davidson wystawiła mu żółtą kartkę. Zaledwie kilka dni po tym, jak Unia Europejska wprowadziła odwetowe cła na amerykańskie produkty, zdecydowano o tym, aby przenieść część produkcji poza USA, tak aby nie utracić bogatych klientów.
Czy ktoś z państwa pamięta jeszcze, co oznaczał skrót PIIGS? Nie, to nie trzy wesołe świnki z jednej ze znanych bajek z naszego dzieciństwa, chociaż można wskazać pewne podobieństwa. Zamiast murowanego domu, w najbliższych miesiącach podejmowane będą próby zbudowania nowoczesnego pałacu, ale ze… słomy.
W ostatniej dekadzie kwietnia przez krajowe media przewaliła się masa komentarzy dotyczących przyszłych losów frankowiczów. Miało to związek z naruszeniem przez kurs CHF/PLN psychologicznej bariery 3,50 zł.
Przez chwilę wydawało się, że Biały Dom wyciągnął wnioski z wydarzeń, jakie miały miejsce w styczniu. Wtedy seria wypowiedzi podważających politykę administracji USA wobec dolara, jakie padły z ust jej przedstawicieli, doprowadziła do osłabienia amerykańskiej waluty. W mediach przewinęło się szereg opinii, że ekipa Trumpa chce zerwać z niepisaną tradycją wspierania polityki silnego dolara.
Sielankowy obraz amerykańskiego rynku akcji obserwowany jeszcze w styczniu, w lutym uległ wyraźnej zmianie. Burza w szklance wody?
Przyjęcie ustawy podatkowej w grudniu tylko nieznacznie poprawiło notowania prezydenta Donalda Trumpa w amerykańskim społeczeństwie. Ufa mu jednak mniej niż 40% Amerykanów, co pokazują sondaże Gallupa i jest to najgorszy wynik na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
Rok temu o tej porze obawialiśmy się fali politycznego populizmu, która mogła dać o sobie znać zwłaszcza w Europie, ale i też w wydaniu Donalda Trumpa. Tymczasem rok 2017 można uznać za relatywnie udany. To przypadek, czy też przysłowiowa cisza przed burzą?
Na łamach „Miesięcznika Finansowego BANK” od pewnego czasu daję do zrozumienia, że nie można ignorować wpływu czynnika politycznego na rynki finansowe. Warto wręcz mówić o nim coraz częściej, zwracając uwagę na nieraz ukryte, ale bardzo interesujące wątki, które pozwalają połączyć ze sobą pewien łańcuch wydarzeń i informacji oraz postawić na tej bazie wnioski. Nieraz dość interesujące.
Francuski prezydent, Emmanuel Macron, stał się w ostatnich miesiącach zażartym zwolennikiem pogłębienia europejskiej integracji. Tymczasem zamieszanie wokół referendum w Katalonii pokazało, że regionalizmy są wciąż żywe. Pozornie jedno zaprzecza drugiemu. Co zwycięży? Obecne status quo?
Inwestorzy niczego tak się nie boją, jak nagłych zmian i ich nieprzewidywalności. Zwłaszcza ci z grubszym portfelem, którzy odpowiadają za nie swoje, tylko klientów pieniądze. Tak zwane ”risk-on” i „risk-off” to nie tylko określenia większej lub mniejszej akceptacji inwestycyjnego ryzyka w danym momencie, co swoją drogą nieraz odbywa się dość stadnie i nie zawsze efektywnie. Można przypisać im wiele emocji, choć kluczowe zawsze pozostaną dwie – chciwość i strach.
Pojęcie „resetu” zna większość z nas, albo przynajmniej automatycznie kojarzy go z informatycznymi sprawami. Trudno jest znaleźć komputer, który nie wymagałby takiej operacji przynajmniej raz w tygodniu. Inaczej efektywność jego pracy spada, co zaczyna być irytujące dla użytkownika. Stąd też chętnie to robimy – w międzyczasie oddając się chociażby przyjemności wypicia kawy czy też pogaduszek ze znajomymi.