Sektor finansowy i gospodarka potrzebują większej przewidywalności
Polska stoi dziś przed trzema wielkimi wyzwaniami: transformacją energetyczną, rozbudową potencjału obronnego i utrzymaniem wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Czy państwo i sektor bankowy są w stanie sfinansować te potrzeby?
– Z jednej strony rzeczywiście są to ogromne wyzwania, ale warto spojrzeć na nie nie tylko przez pryzmat kosztów. To przede wszystkim inwestycje w przyszły model rozwoju gospodarczego. Transformacja energetyczna ma zmniejszyć naszą zależność od importowanych surowców i zapewnić stabilne źródła energii, natomiast wydatki na obronność mogą stać się impulsem do rozwoju nowych technologii i innowacyjnego przemysłu.
Problem polega na tym, że wszystkie te wyzwania pojawiają się jednocześnie. Tymczasem przestrzeń fiskalna państwa nie jest nieograniczona. Finansowanie wzrostu wydatków publicznych długiem może być uzasadnione, ale ma swoje granice. Co prawda rozwijająca się gospodarka sprawia, że możliwości zadłużania stopniowo rosną, jednak nie zmienia to faktu, że kluczowe staje się pytanie, na co przeznaczamy środki.
Jeżeli czekają nas inwestycje liczone w setkach miliardów złotych, warto zadbać o to, aby jak największa część tych pieniędzy pozostała w Polsce i wspierała rozwój krajowych przedsiębiorstw. Wówczas zwiększamy potencjał gospodarki, a poniesione wydatki w przyszłości przełożą się na wyższy wzrost PKB i większe dochody państwa.
Jednocześnie Polska potrzebuje większej dyscypliny w wydatkach bieżących i lepszej ochrony wydatków rozwojowych. Powinniśmy dokładnie przeanalizować strukturę finansów publicznych i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wszystkie obecne wydatki są efektywne. Dobrym przykładem jest system ochrony zdrowia, gdzie od lat toczy się dyskusja o jakości wydatkowania środków. W obecnej sytuacji szczególnie istotne jest, aby pieniądze trafiały przede wszystkim na inwestycje zwiększające potencjał gospodarki.
Ostatnie dane Eurostatu pokazują, że Polska jest jednym z najszybciej zadłużających się krajów Unii Europejskiej w relacji do PKB. Ministerstwo Finansów również informuje o bardzo szybkim przyroście długu publicznego. Czy to powinno niepokoić?
– Oczywiście, że takie dane budzą niepokój. Są one jednak przede wszystkim sygnałem, że potrzebujemy gruntownego przeglądu wydatków publicznych. Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego państwo musi wydawać aż tyle środków i czy wszystkie te wydatki są rzeczywiście niezbędne.
Druga kwestia dotyczy systemu podatkowego. Nie da się jednocześnie utrzymywać poziomu wydatków charakterystycznego dla najbogatszych państw Europy Północnej i relatywnie niskich podatków. Do wyboru są właściwie dwie drogi: racjonalizacja wydatków albo reforma systemu podatkowego. Na ograniczanie wydatków dziś trudno znaleźć polityczną zgodę, choć być może po kolejnych wyborach ta dyskusja stanie się łatwiejsza.
Polacy często uważają, że płacą wysokie podatki, jednak na tle państw Europy Zachodniej nasz system podatkowy w wielu obszarach pozostaje stosunkowo korzystny. Dlatego wcześniej czy później będziemy musieli wrócić do rozmowy o jego przebudowie.
Najważniejsze jest jednak rozróżnienie wydatków konsumpcyjnych od inwestycyjnych. Powinniśmy ograniczać te pierwsze, a chronić i zwiększać drugie. W ostatnich latach, dzięki uruchomieniu środków z Krajowego Planu Odbudowy, udział wydatków inwestycyjnych rzeczywiście wzrósł. To dobry kierunek, ale przed nami nadal stoją ogromne potrzeby związane z transformacją energetyczną i bezpieczeństwem, które będą wymagały bardzo dużych nakładów.
Przez ostatnie trzy dekady polska gospodarka rozwijała się niemal nieprzerwanie i należała do najszybciej rosnących na świecie. Czy ten model wzrostu się wyczerpuje?
– Nie chciałbym nikogo straszyć, że za chwilę polski model rozwoju całkowicie się załamie. Widać jednak wyraźnie, że kończy się okres, w którym naszą największą przewagą była tania siła robocza i relatywnie niskie koszty produkcji. Takie procesy nie zachodzą z dnia na dzień, dlatego wciąż mamy czas na przeprowadzenie transformacji gospodarki.
Polska musi postawić na innowacje, automatyzację, sztuczną inteligencję, cyfryzację oraz inwestycje w kapitał ludzki. Nie możemy już opierać konkurencyjności wyłącznie na tym, że jesteśmy tanią montownią dla zagranicznych firm. Powinniśmy rozwijać własne technologie, własne know-how i produkty o wysokiej wartości dodanej, które będą z powodzeniem konkurować na światowych rynkach.
Jestem przekonany, że mamy ku temu odpowiedni potencjał. Dysponujemy dobrze wykształconym kapitałem ludzkim, a Polacy nadal charakteryzują się dużą przedsiębiorczością i motywacją do rozwoju. W odróżnieniu od wielu bogatych społeczeństw Europy Zachodniej wciąż jesteśmy krajem, który chce nadrabiać dystans i budować swój dobrobyt.
Jak w obliczu nowego układu geopolitycznego – rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi i Chinami oraz zmian w polityce przemysłowej Unii Europejskiej – powinna odnaleźć się Polska?
– Polska powinna przede wszystkim grać na wielu fortepianach. Nie możemy uzależniać swojej przyszłości od jednego partnera, bo dziś nikt nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć, kto okaże się zwycięzcą geopolitycznej rywalizacji – Stany Zjednoczone, Chiny czy może Unia Europejska zbuduje nową pozycję gospodarczą.
Powinniśmy utrzymywać dobre relacje ze wszystkimi kluczowymi partnerami. Oprócz największych graczy warto rozwijać współpracę z krajami nordyckimi – Szwecją, Danią czy Norwegią – a także z państwami o rosnącym znaczeniu, takimi jak Turcja. Polska nie powinna angażować się po żadnej stronie wojny handlowej między mocarstwami, lecz elastycznie wykorzystywać możliwości współpracy z różnymi partnerami.
Jednocześnie musimy zaakceptować, że skończył się świat, w którym bezpieczeństwo było czymś oczywistym. W ostatnich latach przekonaliśmy się, że stabilność geopolityczna nie jest dana raz na zawsze. Oznacza to konieczność ponoszenia znacznie większych wydatków na obronność, co jeszcze dekadę temu trudno byłoby sobie wyobrazić. To z kolei wpływa również na finanse publiczne i poziom zadłużenia państwa, ponieważ te inwestycje muszą zostać sfinansowane.
Czy inwestycje w obronność należy traktować wyłącznie jako koszt?
– Nie. Oczywiście są to ogromne wydatki, ale równie dobrze można postrzegać je jako inwestycję w rozwój gospodarki. Kluczowe jest jednak to, aby jak największa część tych środków pozostawała w Polsce i trafiała do krajowych przedsiębiorstw.
Dobrym przykładem jest program SAFE, którego lista beneficjentów pokazała, że możliwe jest kierowanie finansowania do polskich firm. To niezwykle istotne, ponieważ współczesny przemysł obronny opiera się przede wszystkim na zaawansowanych technologiach, a nie na tradycyjnej produkcji ciężkiego przemysłu.
Dziś sektor obronny jest postrzegany zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu i banki stopniowo otwierają się na jego finansowanie. Trzeba jednak pamiętać, że banki najlepiej odnajdują się w finansowaniu przedsiębiorstw, które mają historię działalności, stabilne wyniki finansowe i można je ocenić przy użyciu standardowych metod analizy ryzyka kredytowego.
Szczególnie duży potencjał widzę w rozwoju technologii dual use, czyli rozwiązań mających zarówno zastosowanie wojskowe, jak i cywilne. To właśnie w takich projektach powstaje własność intelektualna, której Polsce wciąż brakuje. Jeżeli będziemy rozwijać krajowe kompetencje technologiczne, skorzysta na tym nie tylko przemysł obronny, ale również cały sektor wysokich technologii.
Taka strategia może stworzyć szerszy ekosystem innowacji, pobudzić rozwój nowych zakładów przemysłowych, zwiększyć zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowane kadry oraz wesprzeć polski rynek startupów. Warunek jest jeden – nie możemy ograniczyć się do roli klienta kupującego gotowe rozwiązania za granicą. Oczywiście część sprzętu będziemy musieli importować ze względu na zobowiązania sojusznicze, jednak tam, gdzie to możliwe, powinniśmy maksymalizować udział polskich przedsiębiorstw w realizowanych projektach.
Jaką rolę w finansowaniu tego procesu powinny odegrać banki? Jeszcze do niedawna sektor obronny był często wykluczany z finansowania ze względu na kryteria ESG.
– To podejście wyraźnie się zmienia. Dziś sektor obronny jest postrzegany zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu i banki stopniowo otwierają się na jego finansowanie.
Trzeba jednak pamiętać, że banki najlepiej odnajdują się w finansowaniu dojrzałych przedsiębiorstw, które mają historię działalności, stabilne wyniki finansowe i można je ocenić przy użyciu standardowych metod analizy ryzyka kredytowego. Takie firmy z sektora obronnego nie powinny mieć większych problemów z pozyskaniem finansowania bankowego.
Znacznie trudniejsza sytuacja dotyczy startupów oraz młodych spółek rozwijających nowe technologie, zwłaszcza rozwiązania typu dual use. Banki z natury nie są instytucjami finansującymi przedsięwzięcia wysokiego ryzyka. Dlatego oczekiwanie, że to właśnie one będą głównym źródłem kapitału dla innowacyjnych startupów obronnych, byłoby błędem. Takie projekty powinny być finansowane przede wszystkim przez fundusze venture capital oraz wyspecjalizowanych inwestorów.
Polska będzie potrzebowała setek miliardów złotych na transformację energetyczną, obronność i modernizację gospodarki. Czy krajowy sektor bankowy jest w stanie udźwignąć finansowanie takich inwestycji?
– Sam sektor bankowy nie będzie w stanie sfinansować przedsięwzięć tej skali. Oczywiście możemy korzystać z kapitału zagranicznego, ale obecna sytuacja geopolityczna pokazuje, że powinniśmy w większym stopniu mobilizować własne zasoby. Dlatego Polska potrzebuje znacznie bardziej rozwiniętego rynku kapitałowego. Musimy skuteczniej uruchomić krajowe oszczędności i kierować je do przedsiębiorstw finansujących transformację gospodarczą. Oznacza to rozwój rynku obligacji korporacyjnych, rynku akcji oraz funduszy venture capital i private equity.
Kluczową rolę powinni odegrać nie tylko inwestorzy instytucjonalni, ale również inwestorzy indywidualni. Dziś ich udział w finansowaniu rozwoju gospodarki jest wciąż zbyt mały. Co ciekawe, mimo bardzo dobrej koniunktury na warszawskiej giełdzie i rekordowych poziomów indeksów, inwestowanie nadal nie stało się zjawiskiem powszechnym. To pokazuje, jak duże rezerwy krajowego kapitału wciąż pozostają niewykorzystane.
Duże nadzieje wiążę z wprowadzeniem osobistych kont inwestycyjnych. Preferencje podatkowe mogą zachęcić Polaków do długoterminowego inwestowania, a tym samym zwiększyć napływ prywatnego kapitału do polskich przedsiębiorstw.
Sukces tego programu będzie zależał również od edukacji finansowej. Państwo, banki i cały sektor finansowy powinny wykorzystać tę okazję do budowania świadomości ekonomicznej Polaków – tłumaczyć zasady inwestowania, wyjaśniać relację między ryzykiem a stopą zwrotu oraz uczyć, jak odpowiedzialnie zarządzać własnymi oszczędnościami. Dopiero wtedy krajowy kapitał będzie mógł stać się jednym z filarów finansowania rozwoju polskiej gospodarki.
Kilka lat temu uruchomiono pracownicze plany kapitałowe. Czy dziś krajowy rynek kapitałowy dysponuje już wystarczającym kapitałem, aby finansować wielkie inwestycje stojące przed Polską?
– To dopiero początek. Aby rynek kapitałowy rzeczywiście stał się istotnym źródłem finansowania transformacji gospodarki, potrzebny jest napływ co najmniej kilkudziesięciu miliardów złotych dodatkowego kapitału. Oczywiście im więcej, tym lepiej.
Polacy trzymają dziś na nisko oprocentowanych rachunkach bankowych ponad bilion złotych. Gdyby nawet kilka czy kilkanaście procent tych oszczędności trafiło na rynek kapitałowy, jego możliwości finansowania inwestycji znacząco by wzrosły.
W ostatnich latach sektor bankowy został obciążony podatkiem bankowym, wakacjami kredytowymi czy kosztami związanymi z kredytami walutowymi. Na ile ograniczyło to jego zdolność do finansowania gospodarki?
– Mimo wszystkich tych obciążeń polski sektor bankowy pozostaje bardzo stabilny i osiąga dobre wyniki finansowe. Oczywiście, gdyby tych kosztów nie było, banki dysponowałyby jeszcze większym potencjałem do finansowania gospodarki. Nie powiedziałbym jednak, że były to czynniki, które fundamentalnie osłabiły sektor.
Znacznie większym problemem jest dziś spadający poziom wykorzystania kredytu przez przedsiębiorstwa. Prywatne firmy wciąż inwestują zbyt mało, a skoro nie realizują nowych projektów, nie zgłaszają również dużego popytu na finansowanie bankowe.
Jednocześnie bankom często bardziej opłaca się kupować obligacje skarbowe, niż zwiększać akcję kredytową dla przedsiębiorstw. Wynika to zarówno z konstrukcji systemu podatkowego, jak i z ogromnych potrzeb pożyczkowych państwa. To rodzi pytanie o efektywność wykorzystania potencjału sektora bankowego. Warto zastanowić się, czy nie należałoby stworzyć takich warunków regulacyjnych i podatkowych, które zachęcałyby banki do większego zaangażowania w finansowanie rozwoju polskich przedsiębiorstw.
Jednym z największych wyzwań pozostaje transformacja energetyczna. Jak ocenia pan jej obecny etap i gotowość sektora bankowego do finansowania takich projektów?
– W przypadku odnawialnych źródeł energii sektor bankowy zdobył już odpowiednie doświadczenie. Finansowanie farm fotowoltaicznych czy części projektów związanych z OZE stało się standardem i banki potrafią właściwie oceniać ryzyko takich inwestycji.
Znacznie większym wyzwaniem będą jednak projekty o zupełnie innej skali, takie jak budowa elektrowni jądrowej. To pojedyncze przedsięwzięcia wymagające ogromnych nakładów kapitałowych, z którymi polski sektor finansowy nie miał dotąd do czynienia.
W takich przypadkach konieczna będzie ścisła współpraca państwa, banków i kapitału zagranicznego. Sam sektor bankowy nie udźwignie finansowania tego typu inwestycji. Warto również zastanowić się nad aktywizacją krajowych oszczędności, np. poprzez emisję specjalnych obligacji przeznaczonych na finansowanie energetyki jądrowej. Taki instrument mógłby jednocześnie zwiększyć udział krajowego kapitału w realizacji strategicznych inwestycji.
Dla banków będzie to także okazja do zdobycia nowych kompetencji. W praktyce cały sektor będzie uczył się finansowania tak dużych projektów w trakcie ich realizacji.
Jaką rolę w finansowaniu takich inwestycji powinny odgrywać instytucje rozwojowe, takie jak Polski Fundusz Rozwoju czy Bank Gospodarstwa Krajowego?
– Jeszcze kilkanaście lat temu dominowało przekonanie, że państwo powinno możliwie najmniej ingerować w gospodarkę. Dziś widać wyraźnie, że ten model odchodzi do przeszłości. W praktyce wszystkie rozwinięte państwa prowadzą aktywną politykę przemysłową i inwestycyjną.
Dlatego instytucje takie jak PFR czy BGK są potrzebne i powinny pozostać ważnym elementem polskiego systemu gospodarczego. Ich działalność powinna jednak wynikać z długoterminowej strategii rozwoju państwa i koncentrować się na projektach o największym znaczeniu dla konkurencyjności gospodarki.
Oczywiście pojawia się ryzyko upolitycznienia decyzji inwestycyjnych. Z jednej strony menedżerowie instytucji publicznych często obawiają się podejmowania odważnych decyzji z powodu niepewności, co będzie po zmianie władzy i późniejszymi rozliczeniami. Z drugiej strony zawsze istnieje pytanie, czy decyzje inwestycyjne są podejmowane według kryteriów ekonomicznych, czy politycznych.
Transformacja energetyczna, cyfryzacja czy wzrost wydatków na obronność to ogromne wyzwania, ale także potencjalna szansa. Czy Polska może wykorzystać je jako impuls do kolejnego skoku rozwojowego?
– Zdecydowanie tak, ale pod jednym warunkiem – jak największa część tych środków musi pozostać w Polsce. Skoro wydajemy ogromne pieniądze na modernizację kraju, nie możemy ograniczyć się do roli klienta kupującego gotowe rozwiązania za granicą. Powinniśmy budować własne kompetencje technologiczne i przemysłowe.
Kluczowe znaczenie ma rozwój uczelni technicznych oraz znacznie bliższa współpraca nauki z biznesem. To obszar, w którym Polska wciąż ma wiele do nadrobienia. Jeżeli uda się stworzyć skuteczny system transferu wiedzy do gospodarki, obecne wyzwania mogą stać się impulsem do przekształcenia Polski z kraju konkurującego niskimi kosztami pracy w gospodarkę opartą na innowacjach i produktach o wysokiej wartości dodanej.
Szansa jest realna, ale wymaga długofalowej strategii oraz szerokiego porozumienia politycznego. Niestety, doświadczenia z ostatnich miesięcy pokazują, że nawet wokół projektów, które mogłyby wzmacniać krajowy potencjał gospodarczy, bardzo szybko pojawiają się spory polityczne.
Rządowa strategia local content to właściwy kierunek?
– Sama idea jest słuszna. Pytanie brzmi jednak, na ile ta strategia zostanie skutecznie wdrożona. Dziś trudno ją jednoznacznie ocenić, ponieważ funkcjonuje zbyt krótko. Ostatecznie liczyć będą się efekty, a nie deklaracje. Jeżeli rzeczywiście przełoży się na większy udział polskich firm w strategicznych inwestycjach, będzie to bardzo ważny krok w kierunku budowy silniejszej gospodarki.
Gdyby miał pan wskazać jedną decyzję, która mogłaby w największym stopniu przyspieszyć rozwój polskiej gospodarki w najbliższej dekadzie, co by to było?
– Najważniejsze byłoby zapewnienie przedsiębiorcom stabilności inwestycyjnej. Kiedy rozmawia się z polskimi firmami, bardzo często słychać, że problemem nie jest nawet poziom podatków, lecz niepewność dotycząca przyszłych regulacji.
Inwestycje są projektami wieloletnimi. Przedsiębiorcy muszą wiedzieć, jakie będą obowiązywały zasady za pięć czy dziesięć lat. Tymczasem w ostatnich latach mieliśmy wiele istotnych zmian legislacyjnych, zwłaszcza w systemie podatkowym. Przykładem może być Polski Ład czy liczne nowelizacje przepisów podatkowych. Taka zmienność skutecznie zniechęca do podejmowania długoterminowych inwestycji.
Dlatego stworzenie stabilnego i przewidywalnego otoczenia regulacyjnego byłoby dziś jedną z najważniejszych decyzji prorozwojowych.
Czy sektor finansowy również potrzebuje większej stabilności regulacyjnej?
– Zdecydowanie tak. Ostatnie lata pokazały, że także sektor finansowy funkcjonuje w warunkach dużej niepewności. Podatek bankowy, wakacje kredytowe czy dyskusje o podatku od nadmiarowych zysków pokazują, że reguły gry mogą zmieniać się bardzo szybko.
Oczywiście część tych decyzji była odpowiedzią na nadzwyczajne wydarzenia gospodarcze i geopolityczne. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno sektor finansowy, jak i cała gospodarka potrzebują większej przewidywalności.
Polska powinna wypracować kilka strategicznych obszarów, które byłyby wyłączone z bieżącego sporu politycznego i realizowane konsekwentnie niezależnie od zmian rządów. Dobrym przykładem jest budowa sieci autostrad. Mimo wielu sporów dotyczących szczegółów, przez ponad dwie dekady udało się konsekwentnie realizować ten cel, dzięki czemu infrastruktura drogowa w Polsce zmieniła się nie do poznania.
Podobnego podejścia potrzebujemy dziś w takich obszarach jak transformacja energetyczna, rozwój rynku kapitałowego, innowacje czy bezpieczeństwo. Tylko długoterminowa przewidywalność pozwoli przedsiębiorcom i inwestorom podejmować decyzje z myślą o kolejnych dekadach, a nie o najbliższych miesiącach.