Recesja będzie oznaką sukcesu w walce z inflacją

Recesja będzie oznaką sukcesu w walce z inflacją
Jan Cipiur Fot. Autor
Udostępnij Ikona facebook Ikona LinkedIn Ikona twitter
Przez kilka dekad wydawało się, ze świat rozwinięty na dobre pożegnał się z cen pęcznieniem, czyli z angielska – z inflacją. A tu niespodzianka, ceny buzują jakby palić pod nimi gazem z Rosji.

Poza dość oczywistymi przyczynami inflacji, o których najpierw, jest pewna niezwykle istotna i generalnie nieuświadomiona, o której zaraz potem.

Rosyjskie gry podażowe na rynku mocno kalorycznych surowców łatwopalnych mają swój oczywisty wpływ na wzrost wszystkich pozostałych cen, ponieważ nic na świecie nie powstanie bez wsadu w dżulach.

Nawet nieruchome niby góry nie wypiętrzają się samoistnie – czerpią energię z rozpalonego wnętrza Ziemi. Zatem od zapałek po superkomputery każdy „towar równa się energia”. No, a jeśli dżule droższe, drożeć musi wszystko inne.

Inna oczywista przyczyna inflacji to pandemiczne zatrzymania gospodarki. Ich wpływ na podaż nie był jakiś bardzo wielki. Rósł za to jak na drożdżach realny i potencjalny popyt konsumentów. Był w stanie rosnąć wskutek panicznych reakcji rządów dosypujących bez umiaru wyłączonym z pracy ludziom i firmom miliardy i biliony bez pokrycia w aktywności gospodarczej.

Co by było gdyby…

Gdy tylko pojawi się coś nowego do zmierzenia, tłum Amerykanów łapie się za miarki. Również Francesco Bianchi z Johns Hopkins University i Leonardo Melosi z chicagowskiego Fed szybko sięgnęli po linijki, cyrkle i trójkąty.

Trud się opłacił, bo rozgłaszają teraz („Inflation as a Fiscal Limit”), że obecna inflacja w USA (8,3 proc. w sierpniu br.) byłaby o mniej więcej cztery punkty procentowe niższa, gdy nie tzw. „inflacja fiskalna” (fiscal inflation). Chodzi im o wzrost cen powodowany polityką pieniężną rządu USA, a mówiąc po ludzku o deszcz pieniędzy bez pokrycia, który w wyniku decyzji rządu spadł w pandemii na ludzi i zwłaszcza firmy.

W samym 2021 r. w Stanach poszło na takie wsparcie 1,9 biliona (1 900 mld) dolarów. Jeśli cytowani badacze mają rację, a jakąś z pewnością mają, to zamiast 8,3 proc. Amerykanie mieliby dziś inflację rzędu 4,5 proc. Różnica bardziej niż wielka.

Ekspansja monetarna prowadzona przez ostatnie trzy lata z poduszczenia rządów umierających ze strachu przez wyborcami była jeszcze rozleglejsza i silniejsza niż podczas zmagań z kryzysem finansowym 2007-2009.

Lekceważony przez długie lata monetarny impuls inflacyjny mościł się długo, jak moszczą się komórki rakowe przed podjęciem ataku na organizm. I mamy teraz guza potężnego.

Globalizacja i zanik inflacji

Chodziło długo coś podobnego po głowie, ale chudopachołkowi nie wypada się mądrzyć. Pojawił się jednak autorytet z podobnym zdaniem, więc można wreszcie myślą się podzielić.

Dr Isabel Schnabel, czlonkini władz wykonawczych Europejskiego Banku Centralnego z mandatu Niemiec, zwraca uwagę, że fenomen faktycznego zaniku inflacji w świecie rozwiniętym ma związek z długim działaniem potężnego amortyzatora jakim stała się globalizacja.

Mniej więcej do końca lat 70. ubiegłego stulecia państwa okopywały się w swych granicach. Używały ceł do ochrony własnej wytwórczości, kapitały były pozamykane w narodowych klatkach i wymykały się na świat z wielkim trudem. Także pracować legalnie można było tylko u siebie w kraju.

Szybkie zmiany podaży w pojedynczej gospodarce są niezwykle trudne do uzyskania: wiążą się z masowym zamykaniem fabryk, czego ludzie nienawidzą lub dokonują się po długim czasie, gdy wydadzą owoce nowe inwestycje w moce wytwórcze. Te ograniczenia działają na ceny w izolowanej od świata jak różnice ciśnień w atmosferze – zaczyna się hulanka.

Czterdzieści lat temu świat dojrzał do zmiany. Otwierały się granice celne, kapitały zaczęły swobodnie krążyć. Dzięki temu powstała chińska „fabryka świata”, gdzie można było bez trudu zasypywać dziury w podaży we własnym kraju. Gdy natomiast maszyny u nas kręciły się zbyt szybko, to zglobalizowany świat bez trudu chłonął nasze nadwyżki podażowe, bo nie wszyscy maszerują przecież jednym krokiem.

Kryzys 2007-2009 był początkiem końca tamtej globalizacji. Potem wybuchła pandemia i świat się zamknął jeszcze bardziej i skuteczniej. Odstępowanie od globalizacji uwolniło pole dla cen, które znowu zaczęły działać jak dawniej.

Jazda samochodem bez amortyzatorów to koszmar tym większy, im drogi gorsze. Gospodarki odłączone od dobrodziejstw globalizacji są po kryzysie sprzed półtora dekady, po pandemii, a teraz szoku wywołanym wojennymi szaleństwami Rosji jak drogi po powodzi. Także dlatego mamy niesłychane wysoką inflację.

Widoki są kiepskie. Szef amerykańskiego banku centralnego Jerome Powell przestał używać kolorowych kredek. Teraz pisze prognozy czarnym ołówkiem. Mówi, że „musimy zostawić inflację za sobą” . I dalej: „Chciałbym, żeby istniał na to jakiś bezbolesny sposób. Nie ma jednak takiego”.

Powell nie widzi innego sposobu niż podrożenie pieniądza, czyli podnoszenie stóp procentowych. Szykuje więc Amerykę na recesję i trudne czasy dla pracobiorców.

Porobiło się tak dziwnie, że potencjalna recesja będzie oznaką sukcesu – sukcesu w walce z inflacją.

W Polsce może być podobnie, tylko że u nas kryzys przetrwać trudniej niż w Stanach.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.

Źródło: aleBank.pl