Na tle Europy mamy bardzo zdrową gospodarkę
Jak pan ocenia stan polskiej gospodarki? Jest dobrze czy źle?
– Moim zdaniem stan polskiej gospodarki jest dobry, a na tle innych europejskich gospodarek jest nawet bardzo dobry. Tym bardziej trzeba go doceniać, gdy musimy się teraz mierzyć z różnymi napięciami w globalnej gospodarce.
Dlaczego jest taki dobry? Przecież szybko rośnie dług publiczny, wydatki państwa nie maleją, paliwa drożeją, brakuje innowacji.
– Siła naszej gospodarki jest przede wszystkim efektem jej znacznej odporności na różne negatywne czynniki płynące ze świata. Myślę m.in. o skutkach konfliktu na Bliskim Wschodzie. O dobrym stanie naszej gospodarki świadczy także jej wysokie tempo wzrostu, a także brak istotnych wewnętrznych nierównowag, oczywiście poza napięciami w finansach publicznych.
To były nasze dobre strony, a czy mamy jakieś gospodarcze słabości?
– Najbardziej istotną słabością naszej gospodarki i jedynym niekorzystnym elementem całej układanki makro są napięcia w finansach publicznych. Są one częściowo wynikiem znacznego zwiększenia wydatków zbrojeniowych w odpowiedzi na rosyjską agresję na Ukrainę. Ale obok tej uzasadnionej przyczyny są też wydatki, które z ekonomicznego punktu widzenia nie znajdują pełnego wytłumaczenia. Chodzi przede wszystkim o to, że od wielu lat mamy do czynienia z systematycznym wzrostem wydatków o charakterze socjalnym, za czym nie nadąża wzrost obciążeń podatkowych. Taka rozbieżność jest nie do utrzymania w dłuższym okresie. Któryś z kolejnych rządów będzie musiał sobie z tym poradzić.
Wróćmy jeszcze do pozytywnych stron naszej gospodarki. Czy inflacja wracająca do zalecanego poziomu nie jest objawem zdolności gospodarki do samoregulacji i odporności na zewnętrzne bodźce cenowe?
– Jak na czas, gdy mamy wojnę w Zatoce Perskiej i silny impuls proinflacyjny w światowej gospodarce, nasza inflacja jest zaskakująco niska. W mojej ocenie jest to efekt dwóch czynników. Po pierwsze, od początku 2023 r. następuje schłodzenie polskiego rynku pracy. Obserwujemy redukcję etatów w sektorze przedsiębiorstw, której towarzyszy z pewnym opóźnieniem spowolnienie nominalnego wzrostu płac. Jednocześnie dzięki cyklicznemu ożywieniu gospodarki od 2024 r. widzimy, że temu spowolnieniu wzrostu płac towarzyszy znaczna poprawa produktywności. Dotyczy to przemysłu i całej gospodarki. W sumie oznacza to, że dynamika wzrostu jednostkowych kosztów pracy jest bardzo niska, na poziomie 2-3%. Tymczasem ta dynamika jest czynnikiem w największym stopniu wyznaczającym średnioterminowe trendy inflacyjne. I to jest w mojej ocenie główny czynnik stabilizujący inflację na niskim poziomie.
Po drugie, dodatkowo pozytywny wpływ na ceny miał program CPN, czyli obniżenie podatków od paliw. Ten program został zastosowany we właściwym okresie, czyli wtedy, kiedy ceny ropy na światowych rynkach były rzeczywiście mocno podwyższone. Dobrze, że rząd we właściwym momencie wycofał się z niego, ograniczając jego koszty fiskalne. Jednocześnie ten program skutecznie ograniczył wzrost cen paliw dla gospodarstw domowych i utrzymał pod kontrolą oczekiwania inflacyjne konsumentów.
Trzeba doceniać rolę tego programu w efektywnym ograniczeniu wzrostu inflacji w reakcji na szok cenowy pochodzący z Bliskiego Wschodu.
Ta nasza mała wrażliwość na wzrosty cen paliw świadczy o sile naszej gospodarki?
– Zdolność utrzymania inflacji na niskim poziomie, mimo wzrostu cen surowców energetycznych, jest jednym z przejawów odporności naszej gospodarki. Jednak lepiej o tej odporności świadczy utrzymanie wzrostu gospodarczego na stabilnym poziomie w okolicach 3,5%.
Spowolnienie polskiej gospodarki w pierwszej połowie tego roku było znikome. A rewizje prognoz na kolejne kwartały i na kolejny rok są niemal niezauważalne i ostatnio zaczynają przeważać rewizje prognoz dynamiki PKB w górę.
Czy poza wymienionymi pozytywnymi cechami naszej gospodarki są jeszcze jakieś inne?
– Warto zauważyć, że dużej odporności polskiej gospodarki na różne szoki i relatywnie szybkiemu, jak na Europę, wzrostowi gospodarczemu towarzyszy niezwykle wysoki, jak na europejskie, a nawet światowe warunki, wzrost dochodów gospodarstw domowych.
W latach 2024-2025 realny wzrost dochodów gospodarstw domowych w Polsce był najszybszy wśród wszystkich państw OECD. Istotny wpływ na ten wzrost miały m.in. podwyżki płacy minimalnej. Ten wzrost dochodów pozwolił na mocny wzrost konsumpcji, realnie w granicach 3-4%. To stabilizuje nasz wzrost gospodarczy na solidnym poziomie.
Jednocześnie obserwujemy znaczny wzrost stopy oszczędzania gospodarstw domowych. Jest to jeden z najwyższych poziomów w nowoczesnej historii polskiej gospodarki, a w konsekwencji mamy też rekordowy wzrost oszczędności ogółem Polaków.
Rozumiem, że za te rekordowe oszczędności kupowane jest rekordowo dużo obligacji skarbowych, co łata budżet, którego politycy nie umieją ustabilizować?
– Znaczący wzrost oszczędności Polaków przyczynia się do łagodzenia napięć fiskalnych i w dużym stopniu niweluje tę wspomnianą wcześniej najważniejszą słabość polskiej gospodarki, czyli nierównowagę w finansach publicznych.
To się dzieje w ten sposób, że krajowe podmioty, to znaczy lokalne banki, fundusze inwestycyjne oraz inwestorzy indywidualni, finansują niemal 90% potrzeb pożyczkowych państwa. Stabilizuje to sytuację na krajowym rynku długu i uniezależnia Polskę od napływu zagranicznego kapitału portfelowego oraz od sytuacji na globalnych rynkach finansowych. Jednocześnie maleje względem PKB zadłużenie sektora prywatnego, to znaczy gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. To powoduje, że łączne zadłużenie polskiej gospodarki zmniejsza się i w relacji do PKB jest obecnie niższe niż 5 czy 10 lat temu.
To chyba nie jest całkiem dobrze? Te zadłużenie u nas i tak zawsze było dużo niższe niż w rozwiniętych krajach?
– Można powiedzieć, że bilanse gospodarstw domowych i przedsiębiorstw są coraz bardziej zdrowe i silne. To przyczynia się do zwiększenia stabilności polskiej gospodarki i stanowi o jej finansowej sile i wysokiej odporności na globalne wstrząsy.
Ten element został ostatnio doceniony przez jedną z głównych agencji ratingowych, tj. S&P Global. Ona, głównie z powodu tej finansowej siły polskich gospodarstw domowych i przedsiębiorców, nie pogorszyła perspektywy ratingu, mimo nasilających się napięć fiskalnych.
Czy są jeszcze jakieś inne dobre strony naszej gospodarki? Dawniej wskazywano na rosnący eksport?
– Istotną silną stroną polskiej gospodarki zawsze była jej znacząca dywersyfikacja. Chodzi mi o bardzo wysokie zróżnicowanie produktowe naszego sektora eksportowego i całej gospodarki. Ta cecha chroniła nas przez ostatnie dekady przed skutkami różnych szoków uderzających mocno w pojedyncze sektory. Kiedy niektóre branże mierzyły się z trudnościami, to inne sektory potrafiły nadal dynamicznie rosnąć, zapewniając gospodarce stabilny wzrost.
W obliczu wzmożonej presji konkurencyjnej na Europę, ze względu na wzrost kosztów energii i podwyższone koszty pracy, niektóre sektory polskiej gospodarki są w stagnacji albo wręcz zanikają. Jednak równocześnie inne sektory dynamicznie rosną. Dzięki temu polska gospodarka pozostaje na ścieżce solidnego wzrostu.
Ten wysoki stopień dywersyfikacji polskiej gospodarki jest szczególnie widoczny w sektorze eksportowym. To tam mamy do czynienia obecnie z sytuacją, że w wielu branżach, które były tradycyjnie motorem napędowym naszego eksportu, trwa stagnacja czy nawet ograniczenie aktywności. Takie problemy ma teraz np. przemysł meblarski i duża część motoryzacji czy produkcja AGD. W usługach pod silną presją jest transport.
Ale jednocześnie coraz silniej rozwijają się inne eksportowe branże, np. produkcja pozostałego sprzętu transportowego. Pod tą nazwą kryje się produkcja m.in. pociągów, przyczep, specjalistycznych pojazdów, w tym również militarnych.
Co ciekawe, eksport od połowy 2025 r. radzi sobie zaskakująco dobrze. Wcześniej był okres jego osłabienia. Co ważne, obecnemu ożywieniu nie przeszkadza rekordowo silny w ujęciu realnym kurs złotego.
To teraz porozmawiajmy o negatywnych zjawiskach pojawiających się w naszej gospodarce , czyli przede wszystkim o finansach publicznych. Ten wzrost długu publicznego wydaje się porażający. A mimo to nie widać, by rządzący mieli pomysł na ograniczenie tej nierównowagi.
– Sytuacja w polskich finansach publicznych jest rzeczywiście napięta. Jednak poziom długu publicznego w Polsce jest nadal niski na tle innych unijnych gospodarek. Przypomnę, że średni poziom relacji długu publicznego do PKB w Unii Europejskiej przekracza 80%, a w strefie euro 90%. Tymczasem w Polsce dopiero przekroczyliśmy 60%. Z drugiej strony, w tym roku mamy największy w Unii deficyt fiskalny. Mamy też największy wzrost relacji długu publicznego do PKB. Utrzymanie takiej polityki fiskalnej w długim terminie nie jest możliwe. Dlatego konieczne będą istotne korekty. Szczególnie, że Polska wkracza w okres znacznego pogorszenia trendów demograficznych.
Te zmiany demograficzne to przede wszystkim szybkie starzenie się polskiego społeczeństwa. Obecnie mediana wieku w Polsce jest o kilka lat niższa niż średnio w Unii Europejskiej. Jednak w ciągu zaledwie najbliższych 10 lat wzrośnie powyżej przeciętnej mediany wieku w Unii Europejskiej. Z punktu widzenia finansów publicznych oznacza to silną presję na wzrost kosztów systemu ochrony zdrowia, co zresztą jest widoczne już obecnie.
Trzeba pamiętać także o innych źródłach napięć fiskalnych, czyli m.in. o konieczności utrzymywania bardzo wysokich wydatków na obronność, wysokich kosztach transformacji energetycznej i ogromnych nakładach na realizację dużych projektów infrastrukturalnych. Mimo wielu tych koniecznych wydatków, musimy pilnie myśleć o przeprowadzeniu działań redukujących nierównowagę fiskalną. Jest to koniecznie, gdyż musimy odbudować bufory na wypadek zaistnienia kolejnych szoków w światowej gospodarce. Chodzi o to, żebyśmy mieli w finansach publicznych środki na antykryzysowe działania, gdy pojawi się taka potrzeba.
Ten rząd z powodu zbliżających się wyborów i braku poparcia prezydenta nie zacznie ograniczać wydatków. Także następny rząd, bojąc się spadku poparcia, też nic nie zrobi dla poprawienia sytuacji finansów publicznych. Jak długo może trwać taka sytuacja i jak w może wyglądać najbardziej negatywny scenariusz?
– Tak jak powiedziałem wcześniej, na tle innych europejskich gospodarek dług publiczny w Polsce nie jest wysoki, można wręcz powiedzieć, że nadal jest niski. To oznacza, że jest w dalszym ciągu pewna przestrzeń dla jego wzrostu bez destabilizowania finansów publicznych i bez konieczności przeprowadzania bolesnych reform. Tak więc obecne trendy w finansach publicznych mogą się utrzymywać jeszcze nawet przez parę lat.
Do tego trzeba przypomnieć, jak wspomnieliśmy wcześniej, że znaczącej poprawie uległa struktura finansowania potrzeb pożyczkowych państwa i z tego punktu widzenia też nie widać presji na to, aby już w najbliższym czasie w polskich finansach publicznych i w polskiej polityce fiskalnej coś musiało się drastycznie zmienić. Komisja Europejska podkreśla, że Polska przestrzega nowych reguł fiskalnych, więc też nie będzie na nas wymuszać fiskalnej konsolidacji.
Wydaje się więc, że dopiero trwające jeszcze przez kilka lat pogorszenie parametrów fiskalnych w połączeniu z poważnym szokiem zewnętrznym, czy wręcz kryzysem, wymusi poważne działania w naszej polityce fiskalnej.
Zwiększenie udziału komponentu krajowego w wysokich wydatkach zbrojeniowych będzie w większym stopniu przekładać się na wzrost naszego PKB i wzrost dochodów podatkowych oraz na stabilizację sytuacji w finansach publicznych. Tak więc zwiększanie udziału tego local contentu powinno być priorytetem każdego polskiego rządu.
Chyba tylko w kryzysowej sytuacji pojawi się akceptacja społeczna i konsensus polityczny na rzecz bolesnych dostosowań fiskalnych.
Czyli z reformą finansów czekamy na kryzys, a na razie rząd szykuje projekt waloryzacji progów podatkowych i zwiększenia kwoty wolnej od podatku, czyli de facto państwo znów pozbawia się dochodów, i to w znaczącej skali.
– Niestety możliwie, że będziemy w takim dryfie, w takiej inercji trwali jeszcze kilka lat, zanim znajdziemy konsensus polityczny, który pozwoli, by ktoś uporządkował sytuację w finansach publicznych.
To był negatywny scenariusz dla finansów publicznych. A czy jest jakiś pozytywny, który nie wymaga bolesnych reform?
– Tak, jest też pozytywny scenariusz dla polskich finansów publicznych i na szczęście jest on dość prawdopodobny. Polega on na tym, że będziemy w kolejnych latach wyrastać z nadmiernego deficytu.
To może przebiegać w ten sposób, że wysoki nominalnie wzrost gospodarczy – na poziomie 7-8% – spowoduje ograniczenie deficytu fiskalnego dzięki wzrostowi wpływów podatkowych. Ten szybszy wzrost wpływów podatkowych, uzyskany dzięki powiększaniu się bazy podatkowej wraz z wzrostem nominalnym PKB, nie będzie wymagać podnoszenia stawek podatkowych. Z kolei ograniczenie deficytu fiskalnego oznaczać będzie redukowanie potrzeb pożyczkowych. W efekcie, relacja długu publicznego wobec dość szybko rosnącego PKB przestanie rosnąć, a nawet w ciągu kilku lat zacznie się obniżać.
Niestety, w obecnej globalnej rzeczywistości, łatwo sobie wyobrazić jakiś negatywny szok, który wytrąci polską gospodarkę z torów szybkiego wzrostu gospodarczego i spowoduje, że sytuacja w finansach publicznych zamiast się poprawiać, będzie się w szybkim tempie pogarszać. Dlatego bardzo istotne jest, aby nie czekać bezczynnie, lecz podjąć działania uzdrawiające finanse publiczne.
Polska ma olbrzymie wydatki na zbrojenia. To chyba nie pozwoli nam w najbliższych latach obniżyć deficytu do tych pożądanych 3-4%?
– Skoro jest potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa narodowego, to wydatki na obronność będą musiały pozostać na podwyższonym poziomie, czyli w granicach 4-5% PKB. W takiej sytuacji, jeżeli chcemy zmniejszać nierównowagę w finansach publicznych, powinniśmy ograniczyć inne wydatki lub zwiększyć obciążenie podatkowe.
Moim zdaniem to zupełnie nierealna sytuacja.
– To na pewno nie będzie łatwe. Ale jak dojdziemy do ściany na skutek np. jakiegoś globalnego wstrząsu, to politycy, nieważnie z jakiej opcji, nie będą mieli wyjścia i będą musieli coś zrobić.
Czy są jakieś sposoby, by te wydatki na zbrojenia były mniej bolesne dla państwa. Może rozpisać na ten cel jakąś specjalną pożyczkę? Widziałby pan tutaj pole do jakichś innowacji finansowych?
– Dobrym sposobem, aby konieczność zwiększenia wydatków zbrojeniowych do poziomu 4-5% nie powodowała nadmiernego obciążenia dla naszych finansów publicznych i dla dalszego rozwoju gospodarki, jest zwiększenie udziału w nich tzw. local contentu, czyli zamawianie sprzętu w krajowych firmach.
Zwiększenie udziału tego komponentu krajowego w wysokich wydatkach zbrojeniowych będzie się w większym stopniu przekładać na wzrost naszego PKB i wzrost dochodów podatkowych oraz na stabilizację sytuacji w finansach publicznych. Tak więc to zwiększanie udziału tego local contentu powinno być priorytetem każdego polskiego rządu. Zresztą podobnie jest w przypadku wydatków na transformację energetyczną. Tutaj również mamy duże wydatki, niewiele mniejsze niż w przypadku zbrojeń.
Mamy dość słaby przemysł zbrojeniowy, zatem zamówienia składane w nim nie mogą chyba być zbyt duże?
– Rozbudowa krajowego przemysłu obronnego nie nastąpi z dnia na dzień. Trzeba dekad, by zamówienia zbrojeniowe w polskich firmach osiągnęły duże wartości. Ale to jest na pewno właściwy kierunek.
Wróćmy do słabości naszej gospodarki. Mówiliśmy o napięciach w finansach publicznych. A mamy jeszcze kłopoty z demografią,
– W mojej ocenie po wysokim deficycie finansów publicznych najgroźniejsze dla naszej gospodarki są właśnie kłopoty z demografią. Jednak wbrew temu, co się powszechnie wydaje, zagrożeniem dla gospodarki nie jest spadek liczby osób w wieku produkcyjnym. Nie można bowiem jednocześnie bać się, że produkcja zatrzyma się z powodu braku rąk do pracy i obawiać się, że rewolucja technologiczna, która dotyczy całego świata, spowoduje wzrost bezrobocia. Nowoczesne technologie zniwelują skutki niedoboru rąk do pracy w polskiej gospodarce. Pytanie, czy dostosowanie nowoczesnych technologii i zwiększenie innowacyjności polskiej gospodarki wygenerują na tyle duży wzrost produktywności, aby zapewnić wystarczające środki na znaczące zwiększenie kosztów systemu ochrony zdrowia, które w ciągu najbliższych 10-15 lat mocno wzrosną w efekcie starzenia się społeczeństwa.
Czy te zmiany demograficzne są takie groźne? Ostatnio GUS opublikował dane, z których wynika, że dzięki migracji liczba osób żyjących w Polsce nawet nieco rośnie? Czy zamiast obawiać się skutków spadku liczby urodzeń nie lepiej byłoby prowadzić jakąś przemyślaną politykę imigracyjną?
– Dobrze by było mieć taką przemyślaną politykę imigracyjną. To byłby istotny element odpowiedzi na negatywne trendy demograficzne w Polsce. Taki system jest potrzebny, bo mimo rewolucji technologicznej, napływ pracowników zagranicznych do Polski będzie musiał być kontynuowany. Dobrze by było, gdyby był on kontrolowany i selektywny, tak aby przynosił maksymalne korzyści polskiej gospodarce i jednocześnie nie rodził napięć społecznych.
Myślę, że taka mądra polityka imigracyjna zbudowana na bazie najlepszych światowych praktyk, jak systemy z Australii czy Kanady, w połączeniu z wdrażaniem nowych technologii i zwiększeniem innowacyjności polskiej gospodarki, mógłby pomóc rozwiązać nasze problemy wynikające ze zmian w demografii. Tu pomóc może jeszcze trzeci element, czyli zwiększenie aktywności zawodowej w tych obszarach, w tych grupach społecznych, gdzie jest jeszcze trochę do nadrobienia na tym polu. To wszystko powinno wystarczyć, żeby w najbliższych 5-10 latach polska gospodarka dynamicznie rosła, mimo negatywnych tendencji demograficznych.