Mamy kilka silników wzrostu gospodarczego

Mamy kilka silników wzrostu gospodarczego
Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao S.A. Doktor nauk ekonomicznych, posiada tytuł CFA (Chartered Financial Analyst). W przeszłości był głównym ekonomistą mBanku oraz analitykiem rynków finansowych w Banku Handlowym. (fot. Bank Pekao SA)
Uważam, że będziemy korzystali z nowej unijnej polityki przemysłowej, po prostu będziemy w łańcuchy dostaw włączeni. Polska skorzysta na wszelkiego rodzaju stymulacjach fiskalnych czy na polityce przemysłowej mającej wymiar protekcjonistyczny. Polscy producenci będą prawdopodobnie przez to zyskiwali, będą włączani w europejski podział pracy i łańcuchy dostaw – mówi ERNEST PYTLARCZYK, główny ekonomista banku Pekao S.A. Rozmawiał z nim Paweł Jabłoński.

Jakby pan określił kondycję polskiej gospodarki?

– Jako dobrą. Mamy prawdopodobnie najszybszy wzrost gospodarczy spośród dużych krajów Unii Europejskiej, a czasami nawet najwyższy w całej UE. Jest tak, ponieważ mamy kilka silników wzrostu, które – wydaje się – będą istotne również w perspektywie najbliższych pięciu, a może nawet 10 lat. Czyli nie jest tak, że nasza gospodarka doszła do ściany.

Polska gospodarka przechodziła już przez różne sytuacje. Najpierw konkurowała niskimi kosztami, potem okazało się, że wspięła się w drabince rozwoju, pojawiły się nowe, bardziej zaawansowane technologicznie branże produkcyjne, a potem firmy z sektora usług. Oczywiście mówię o centrach usług wspólnych, które były wówczas takim novum i wykorzystywały najlepiej to, co Polska oferowała, czyli dużo dobrze technicznie wyedukowanych pracowników. Myśmy dobrze wykorzystali przede wszystkim dużą podaż tych pracowników, bo jesteśmy dużym krajem. Dzięki temu powstały centra usług wspólnych czy huby IT.

 A poza tymi dwoma głównymi silnikami wzrostu mamy jakieś inne osiągnięcia, które pozwalają dobrze oceniać stan gospodarki?

– Są jeszcze inne obiektywne statystyki wskazujące na dobry stan naszej gospodarki. Myślę tu np. o prawie najniższej w Unii Europejskiej stopie bezrobocia, niskiej inflacji i o szybko rosną cych oszczędnościach. W ub.r. mieliśmy 17-procentowy wzrost oszczędności gospodarstw domowych, a więc społeczeństwo się bogaci. Jest zatem ileś wskaźników, które pokazują obiektywnie, że gospodarka jest w dobrym stanie.

Mamy szereg innych wskaźników na bardzo dobrym poziomie. Np. w odróżnieniu od Rumuni nie mamy bliźniaczych deficytów (tj. deficyt budżetowy i obrotów bieżących), jesteśmy niemal perfekcyjnie zrównoważeni, jeżeli chodzi o równowagę zewnętrzną. Dotyczy to salda obrotów towarowych. Dzięki temu możemy prowadzić autonomiczną politykę monetarną. Możemy obniżać stopy, a jeżeli nastąpi poprawa koniunktury, możemy je podwyższać. Nie jesteśmy zakładnikiem kursu walutowego. Czyli nasza gospodarka jest naprawdę dobrze zrównoważona.

Czy ten obrazek naszej gospodarki składa się wyłącznie z pozytywnych elementów?

– Nie. Trzeba powiedzieć, że nasz deficyt finansów publicznych na poziomie 7% PKB jest obiektywnie wysoki. Do tego jest jeszcze rosnący dług publiczny. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że są to dwa najbardziej negatywne zjawiska.

Jednak inwestorzy nie patrzą na te dane w jakiś paniczny sposób. Oni widzą, jaki jest kalendarz wyborczy. Ciężko na rok przed wyborami wymagać od polityków, by podejmowali jakieś decyzje bijące w portfele wyborców. Poza tą niemożnością wprowadzenia działań ograniczających deficyt mamy dodatkowo trudną sytuację geopolityczną, która powoduje, że musimy dość szybko sfinansować bardzo duży program zbrojeń. To on jest powodem powstania dużej część deficytu.

Ze zbrojeniami związana jest kwestia, czy te przeznaczone na nie pieniądze są produktywnie wykorzystane. Bez względu jak to ocenimy, sytuacja geopolityczna zmusza nas do tych wydatków i poziom długu w proporcji do PKB oczywiście rośnie. Jednak porównując go do tego, co widać w innych krajach Europy, jest to niski dług i inwestorzy to widzą. Ważne jest, że Polska finansuje ten dług głównie w oparciu o oszczędności krajowe. To jest bezpieczny sposób pożyczania pieniędzy. Udział zagranicy w finansowaniu naszego długu wynosi 12%.

Mówił pan o wysokim, na tle Europy, wzroście gospodarczym. Jakie czynniki powodują, że jest on taki szybki?

– W coraz większym stopniu wynika on ze wzrostu inwestycji, a te inwestycje to pochodna programów transformacyjnych. Mamy dużo inwestycji prowadzonych przez sektor publiczny, chodzi tu m.in. o odmienianą na różne sposoby energetykę. Część tego jest finansowana z Krajowego Planu Odbudowy. Patrząc jednak na rosnącą akcję kredytową, widzimy, że inwestycje rozlewają się też na inne sektory gospodarki. Zatem jest tutaj dodatkowy element świadczący o ożywieniu. Oznacza to też, że Polska gospodarka ma opóźnioną transformację energetyczną. Ona się teraz dzieje i będzie działa w kolejnych latach.

Jesteśmy największym w Europie placem budowy, jeżeli chodzi o elektrownie gazowe. Bardzo dużo budujemy też mocy w energetyce wiatrowej. Kolejny etap transformacji to będą różnego rodzaju magazyny energii i elektrownie atomowe. To jest w sumie bardzo duży program, który w latach trzydziestych prawdopodobnie zostanie sfinalizowany. Co ważne, polskie społeczeństwo, jako jedno z nielicznych w Europie, jest nastawione pozytywnie do energii jądrowej. To jest taki nasz wyróżnik, który będzie powodował, że Polska stanie się ciekawym miejscem do inwestowania.

Teraz, jak mówimy np. o planowanych różnego rodzaju centrach danych, to kluczowa jest kwestia dostępu do energii, kwestia bezpieczeństwa energetycznego, niskiej zależności od importu. I dziś się okazuje, że Polska z takiego pariasa, zapóźnionego, jeżeli chodzi o transformację energetyczną, nagle staje się całkiem ciekawym miejscem dla inwestycji. Tak się staje, bo mamy bardzo zdywersyfikowane i bezpieczne źródła energii i u nas się też łatwo buduje. Znaczy, że u nas, w porównaniu do wielu rozwiniętych krajów, nie ma problemów z prowadzeniem inwestycji czy z pozwoleniami na budowę. Transformacja energetyczna będzie w najbliższych latach jednym z czynników prowzrostowych.

Wspomniał pan o rosnącej akcji kredytowej przedsiębiorstw. Czy polski biznes uwierzył, że warto inwestować?

– Rosnąca akcja kredytowa przedsiębiorstw znaczy tylko tyle, że przedsiębiorstwa wreszcie próbują się lewarować, żeby wykorzystać potencjał gospodarki. Zdobywanie przez nie środków czy to na rynkach finansowych, czy poprzez sektor bankowy jest dobrym pomysłem, bo inaczej, bez wsparcia, będą się wolniej rozwijały. A powinny dysponować odpowiednimi zasobami finansowymi, aby móc w pełni uczestniczyć w zapowiadanej i już rozpoczynającej się transformacji energetycznej.

Dziś, gdy się mówi o wyścigu technologicznym,
to myśli się o Stanach i Chinach, które konkurują
w wielu sektorach. Jednak najważniejszym
polem konkurencji w tym momencie jest sztuczna
inteligencja. Europa w ogóle w tym wyścigu
nie bierze udziału.

A jak widzi pan najbliższą i dalszą przyszłość?

– Zacznijmy od najbliższej. Myślimy, że w tym roku będzie 3,5-procentowy wzrost PKB lub wyżej. Dużo zależy oczywiście od tego, jak w najbliższej przyszłości będzie wyglądać geopolityka i ceny ropy. Pod tym względem pierwsza połowa roku była niezła, bo wprowadzenie programów CPN spowodowało de facto, że oczekiwania inflacyjne się nie pogorszyły i konsument nie spanikował. Było ryzyko, że ceny paliw uderzą w gospodarkę poprzez konsumentów, ale jest dobrze. Mamy też rozpędzający się cykl inwestycyjny i on jeszcze przez kilka kwartałów będzie się dalej rozpędzał.

Niska inflacja jest też dobrą wiadomością dla konsumentów, bo w całej Europie bardzo źle reagują oni na inflację. Ta kosztowa inflacja, wywołana kryzysem energetycznym, przekłada się na recesję konsumencką. A teraz inflacja jest w okolicach 3%, czyli w przedziale celu NBP. To znaczy, że jeżeli konsument nie spanikuje, czyli nie będzie ograniczał oszczędzania a co najwyżej ograniczy zakupy, to gospodarka będzie dalej rosnąć.

Konsumenci w Europie mają dziś większą skłonność do oszczędzania niż kiedyś. Pamiętają, co działo się w czasie epidemii COVID i chcą mieć większą poduszkę oszczędności. Dziś nie jest tak jak kiedyś, że konsumenci żyli z dnia na dzień i jeszcze się zadłużali. Dziś oszczędności Polaków szybko rosną. Taka zmiana jest z jednej strony dobra, ale z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że konsument jest bardziej kapryśny i w pewnym momencie może nie być taką podporą gospodarki, jak historycznie był.

W tej krótkiej perspektywie dostrzega pan jakieś zagrożenia?

– Widzę przede wszystkim geopolityczne zagrożenia. Dalszy wzrost cen ropy naftowej może się negatywnie odbić na konsumentach. Widzę też zagrożenia w postaci wyższych stóp procentowych na rynkach finansowych. Wyższe stopy procentowe mogą mieć wpływ na globalne rynki finansowe. Może nastąpić wówczas odpływ kapitałów z emerging markets, a więc i od nas. Przy wyższych stopach procentowych droższe stanie się również finansowanie budżetu, co wymusi oczywiście szybszą jego konsolidację. A jak konsolidacja, no to wiadomo, że będzie też spadek dynamiki PKB.

Na przyszły rok szacujemy wzrost PKB na poziomie ok. 3% albo lekko poniżej. Sądzimy, że trochę skutków tych negatywnych tegorocznych czynników odłoży się na przyszły rok. Są to efekty wynikające m.in. z cen paliw. W perspektywie średniookresowej, czyli ok. pięciu lat, widzimy kilka silników wzrostu. Między innymi będzie kontynuowana transformacja energetyczna. W jej efekcie pojawią się inwestycje.

Myślę też, że zobaczymy efekty tego, co się dziś dzieje w sektorze zbrojeniowym. To był sektor do tej pory uśpiony, ale dziś ze względów geopolitycznych płyną do niego olbrzymie pieniądze z budżetu i z pożyczek. Z tym sektorem związana jest sprawa tzw. local contentu, czyli rozruszania produkcji i promocja krajowych firm. Ale ciekawa będzie też druga faza tych działań, kiedy rozwinie się kooperacja europejska i będzie nacisk na R&D, nowe technologie i ich absorpcję.

Ten sektor ma więc szansę rozwoju taką, jak widzieliśmy np. w Izraelu czy na Tajwanie, czyli w krajach, które są przyfrontowe. Do nich po prostu idzie duża kasa i to oznacza prawdopodobnie rozlanie się tych innowacji na inne sektory gospodarki. Trzeba zaznaczyć, że zbrojeniówka to nie jest duży sektor, ale środki, które tam płyną, są istotne. Dlatego myślę, że to będzie miało wpływ na wzrost gospodarczy. Myślę, że te dziesiąte punktu procentowego zbrojeniówka dołoży do PKB. Uważam też, że jakość tego wzrostu będzie duża dzięki innowacjom.

Kolejną sprawą popychającą nasz wzrost gospodarczy będzie polityka przemysłowa Unii Europejskiej. UE dziś mierzy się z konkurencją ze strony Chin i to jest konkurencja, która jest wyniszczająca dla kluczowych sektorów, szczególnie w gospodarce niemieckiej. Mówimy tutaj o automotive, czyli o szeroko pojętym sektorze motoryzacyjnym, który prawdopodobnie, z dostawcami, stanowi nawet jakieś 11% gospodarki Unii. On jest absolutnie perłą w koronie i Unia Europejska będzie musiała zaproponować spójną politykę przemysłową, żeby sobie poradzić z konkurencją chińską i z cłami amerykańskimi.

Nie można sobie wyobrazić, żeby taka nowa unijna polityka przemysłowa nie obejmowała Polski. Jesteśmy na to zbyt dużym krajem, zbyt istotnym, jeżeli chodzi o łańcuchy dostaw. Mamy dużą bazę przemysłową i jesteśmy dobrze połączeni z gospodarką niemiecką. Uważam zatem, że będziemy korzystali z tej nowej polityki, po prostu będziemy w te łańcuchy dostaw włączeni. Polska skorzysta na wszelkiego rodzaju stymulacjach fiskalnych czy na polityce przemysłowej mającej wymiar protekcjonistyczny. Polscy producenci będą prawdopodobnie przez to zyskiwali, będą włączani w europejski podział pracy i łańcuchy dostaw.

Energetyka, zbrojeniówka i nowa polityka przemysłowa Unii to są trzy tematy, które według nas będą ważne dla gospodarki polskiej w najbliższych pięciu latach, a może nawet dłużej.

A w dłuższej perspektywie co pan przewiduje dla naszej gospodarki?

– Trudno tu o bardziej szczegółowe prognozy. Myślę, ze w perspektywie pięciu lat i później dużym wyzwaniem będzie demografia. Uważam, że w tym momencie na terenie Polski mieszka prawdopodobnie najwięcej ludzi w historii. Mamy wysoką aktywizację zawodową, co powoduje, że liczba aktywnych zawodowo nie spada, pomimo słabej demografii, czyli mniejszej liczby urodzeń. To się pewnie w ciągu najbliższych pięciu lat nie zmieni, ale później demografia stanie się wyzwaniem.

Sytuacja demograficzna Polski jest słaba, jeżeli chodzi o etnicznych Polaków. Jeżeli weźmiemy pod uwagę również migrację, to dzietność dalej jest za niska i demografia nadal będzie wyzwaniem.

Jeśli chodzi o PKB, to trudno powiedzieć, czy ta demografia będzie oznaczała jego spadek. Są badania, że PKB per capita nawet pomimo słabej demografii potrafi rosnąć. Nowsze wyniki badań raczej przeczą tezie, że słaba demografia spowoduje spadek jakości życia.

Stopa życiowa to jest jedna rzecz, druga sprawa jest taka, że mamy rewolucję technologiczną. Nie mówiliśmy jeszcze o AI, ale ona oczywiście będzie wpływała na to, co się dzieje w Polsce. Wspomnieliśmy o lokalizacji centrów danych. One oczywiście nie będą same w sobie generowały dużej liczby miejsc pracy. Ale zastosowanie AI i inteligentnych robotów może okazać się jakimś antidotum na problemy demograficzne. Czyli może się okazać, że to nasze wąskie gardło w postaci demografii, w jakiś sposób tutaj zostanie rozszerzone. Zatem w sprawie skutków zapaści w demografii nie byłbym pesymistą. Może się okazać, że ta słaba demografia nas nie pogrzebie, tylko że po prostu w nowym modelu wzrostu za pięć lat, a może w dłuższej perspektywie, nastąpi istotny wzrost produktywności. Dziś ekonomiści, może z wyjątkiem Darona Acemoğlu, sugerują, że AI będzie miała pozytywny wpływ na produktywność.

Mówiąc o zagrażających naszej gospodarce czynnikach zewnętrznych głównie wskazywał pan na skutki ewentualnego wzrostu cen ropy? A jakie jeszcze są zagraniczne źródła ryzyka dla naszej gospodarki?

– Wojna w Ukrainie jest ważna dla naszej gospodarki. Nie potrafimy oszacować skali ewentualnego odpływu Ukraińców z Polski. Wydaje się, że większość imigrantów z Ukrainy chce zostać w Polsce. Ale, jak zwykle, to się wszystko okaże, gdy będą znane warunki pokoju, o ile w ogóle będzie pokój.

Ważna jest też, oczywiście, konkurencja ze strony Chin i to jak Europa sobie poradzi z takimi strukturalnymi wyzwaniami. Europa w tym momencie nie jest konkurencyjna. To jest taki bardziej długoterminowy czynnik. Ale w końcu zapadnie decyzja o tym, czy Europa stanie się skansenem, czy też będzie w stanie odnaleźć się w tym światowym nowym podziale pracy i w tym wyścigu technologicznym.

Dziś, gdy się mówi o wyścigu technologicznym, to myśli się o Stanach i Chinach, które konkurują w wielu sektorach. Jednak najważniejszym polem konkurencji w tym momencie jest sztuczna inteligencja. Europa w ogóle w tym wyścigu nie bierze udziału.

Czy ma pan jakieś czarne scenariusze dla polskiej gospodarki?

– Jest wiele takich czarnych scenariuszy, np. że klasa polityczna nie będzie w stanie kontynuować projektów, które rozpoczęły poprzednie rządy. Albo że porzucane są projekty, co do których był już konsensus polityczny, tak jak to mamy w przypadku transformacji energetycznej czy naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Mogą być też czarne scenariusze o charakterze geopolitycznym. Można sobie tych scenariuszy wymyślać wiele, to mogą być nowe wojny czy kontynuacja już zaczętych. To mogą być wojny celne, upadki całych sektorów przemysłowych czy odcięcie Unii od surowców.

Na koniec zapytam o innowacje. Z jednej strony słychać narzekania, że nasze państwo niewiele robi na tym polu, a z drugiej niedawno jeden z ekonomistów powiedział, że nasze zapóźnienie w innowacjach nie jest realnym zagrożeniem, bo nie wykorzystaliśmy jeszcze rozwiązań dostępnych na rynku.

– Nie ma się co tutaj oszukiwać, że jesteśmy w awangardzie innowacji. Nominalnie wydajemy na nie tyle, co Izrael na badania i rozwój, ale w efekcie mamy 14 razy mniej patentów. Czyli coś jest u nas nie tak z innowacjami, ich komercjalizacją i jakością tych badań. Do tej pory byliśmy jakimś imitatorami czy naśladowcami, ale to oczywiście się zmienia. Mamy już spółki, np. w sektorze kosmicznym, które próbują coś swojego wymyślać. Czyli poziom innowacji to jest funkcja trochę poziomu PKB, trochę też pieniędzy, które są wpompowane w gospodarkę, Potęgą w AI raczej już nie będziemy, ale możemy całkiem sprytnie wejść w adopcję, czyli stosować pomysły innych.

Czy to nasze zapóźnienie na tym polu może mieć wpływ na naszą pozycję w globalnej gospodarce?

– Ciężko jest to ocenić, ale warto pamiętać, że z transformacją energetyczną byliśmy bardzo zapóźnieni, a teraz się okazuje, że tak się pozmieniały geopolityczne zależności, że nasz miks energetyczny jest całkiem ciekawy, stabilny i bezpieczny, bo nie mamy dużej zależności od importu. Zatem nasza pozycja zależy od wielu czynników. Nie liczymy się w skali świata, ale może się to jeszcze poprawić.

Źródło: Miesięcznik Finansowy BANK