40 bilionów dolarów długu publicznego w USA
Tylko w ciągu jednej doby poprzedzającej ogłoszenie nowego rekordu zadłużenie federalne wzrosło aż o 60 mld dolarów. Także inne dane pokazują szalone przyspieszenie tempa narastania zobowiązań dłużnych USA.
Dokładnie pół wieku temu, w III kwartale 1976 roku dług federalny Stanów Zjednoczonych wynosił 634 miliardy 701 milionów dolarów. Na dzisiejsze dolary było tego ok. 3,5 bilionów.
Pułap 20 bilionów został osiągnięty 8 września 2017 roku, a 30 bilionów już po nieco ponad czterech latach, tj. 31 stycznia 2022 roku. Teraz wiemy, że na kolejną „dziesiątkę” czekać trzeba było równie krótko.
Tylko w tym roku rząd USA „dopożyczy” w kraju i na świecie kolejne dwa biliony dolarów, które pójdą na spłatę odsetek od tych 40 bilionów, finansowanie wojny z Iranem, zasypywanie dołów przychodowych po obniżaniu podatków, ale zwłaszcza na programy socjalne.
Potrzeb przybywa, a i wojen nie brakuje, więc nawet względny dobrobyt nie chroni i coraz częściej trzeba kupować „na zeszyt”.
Korzyści z walutowej hegemonii USA
50 lat temu zadłużenie publiczne przypadające na głowę mieszkańca USA miało wartość 3 000 dolarów, które dziś byłyby warte 15 000 dolarów. W ujęciu realnym było wtedy 8 razy mniejsze niż obecne wynoszące ok. 120 000 dolarów per capita.
Na (bieżące) szczęście Amerykanów, w odróżnieniu od innych państw, zadłużenie publiczne Stanów Zjednoczonych to inna bajka niż wszędzie indziej.
Dolar amerykański jest najważniejszą walutą dla świata. Dzięki temu USA cieszą się niebotycznym przywilejem (exorbitant privilage). Jako pierwszy publicznie wytknął to Ameryce pięć dekad temu prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing.
Dzięki walutowej hegemonii Ameryka kupuje towary i usługi zagraniczne oraz spłaca (roluje) swoje długi za dolary drukowane w jej własnej Wytwórni Papierów Wartościowych. W wielkim uproszczeniu, dostaje czego zapragnie w zamian za papier pokolorowany sumiennie na zielono.
Nie ma od dekad lepszej alternatywy dla dolara. Złoto, i od biedy srebro, są dostatecznie płynne tylko w piecu, ale rolę gra przede wszystkim zaufanie, jakim świat ciągle darzy tamtejszą gospodarkę, jej olbrzymi rynek finansowy oraz niezachwiany prymat dobrze egzekwowanego prawa.
Tak to tłumaczą w podręcznikach, ale jest jeszcze inny czynnik decydujący o wyjątkowości Ameryki. Ma olbrzymią wagę i nazwę z kosmosu. Chodzi o niewidzialną i ciągle domyślną, zalegającą we wszechświecie „czarną materię” o niewyobrażalnej masie.
Czytaj także: Duże długi Stanów Zjednoczonych
Inwestorzy porzucają amerykańskie obligacje rządowe
Ta „czarna masa” to naukowo-intelektualna moc, a nawet przemoc Ameryki, pozyskiwana częściowo z importu talentów.
Przekładała się kiedyś na rewolucję motoryzacyjną, komputerową, potem internetową. Teraz jej przejawem jest pochód sztucznej inteligencji, czy też przełomowe odkrycia w zakresie leczenia nowotworów, chorobliwej otyłości itd.
Od kilku dekad Stany tracą jednak stopniowo swoją moc i czar. Jeszcze w 2025 r. zagraniczne rządy i inwestorzy trzymali ponad 47 proc. obligacji rządowych (Treasuries i T-bills) USA. Obecnie wskaźnik ten wynosi znacznie mniej, bo prawie 33 procent.
Wyróżniają się cztery główne powody tego spadku. Kiedyś filarami popytu na amerykańskie papiery skarbowe były Chiny i Japonia. Pekin zmniejsza jednak zależność od dolara, broni własnej waluty i dywersyfikuje rezerwy finansowe. Z kolei Tokio ogranicza zakupy Treasuries ponieważ rekordowo słaby jen zwiększa koszty hedgingu.
Koszt zabezpieczenia własnych inwestycji w obcych walutach, a więc właśnie hedgingu stał się dla całej zagranicy bardzo drogi w wyniku dużej różnicy stóp procentowych, które są wysokie w USA, a znacznie niższe w Europie i Japonii.
Trzeci czynnik to wysoka emisja długu amerykańskiego – zagranica za tym tempem nie nadąża. Zastępują ją rodzime fundusze hedgingowe i inwestycyjne, banki i ubezpieczyciele oraz Fed, który nadal trzyma większość obligacji kupionych w ramach tzw. luzowania ilościowego QE.
Daje też o sobie znać tzw. dedolaryzacja, będąca wynikiem obaw przed sankcjami ze strony USA, a także „narowistością” prezydenta Trumpa.
Zadłużenie ponad wszelką miarę to choroba zakaźna
Cały świat winien jest samemu sobie ponad 100 bilionów dolarów brutto (dane z 2024 za UNCTAD i IMF), a po bardzo zgrubnej eliminacji wzajemnych zobowiązań państwowych, czyli netto, zapewne nie mniej niż 80-90 bilionów dolarów. Globalny produkt brutto jest tylko trochę mniejszy.
Tak olbrzymi dług, a zwłaszcza jego szybkie narastanie świadczy o tym, że porzuciliśmy odwieczne reguły rozsądku. Pamiętacie wyzwiska rzucane na rzeczników „austerity” w latach klęski finansowej Grecji? Po naprawie Hellada ma się nieźle, a przynajmniej znacznie lepiej niż wtedy.
W debatach profesjonalistów miernikiem zagrożeń wynikających z nadmiernego zadłużenia jest jego relacja do wielkości PKB.
Lepszej uniwersalnej miary nie ma, ale w działaniach perswazyjnych skierowanych do społeczeństw jest ona bezzębna, ponieważ procenty bardzo źle obsługują przeciętną wyobraźnię. Trzeba nam szukać lepszych zobrazowań.
Prawie na pewno Polska wejdzie za niedługo na szczyt zestawienia najbardziej zadłużonych państw Unii Europejskiej w relacji do krajowych produktów brutto, strącając z niego Rumunię.
I co z tego – czy obchodzi to wyborców?
Pół roku temu, tj. w pierwszym kwartale ’26 całkowity dług publiczny Polski, czyli zobowiązania Skarbu Państwa, samorządów oraz funduszów państwowych wynosił 2 444 mld zł. Dawało to mniej więcej 65 tys. zł (ok. 18 tys. dolarów) per capita.
Chcemy od państwa coraz więcej, ale bez naruszania naszego socjalnego i fiskalnego „dobrostanu”. Kolejne rządy sięgają po pożyczki i przychylają się do tych żądań chociaż wiedzą, że rozdawać więcej nie powinny. Rządzi w tym aspekcie nie rozum i rozsądek, a strach polityczny przed wynikami kolejnych wyborów powszechnych.
Długi są więc zerowane tylko w następstwie wielkich nieszczęść w rodzaju wojen światowych lub kryzysów gospodarczych i spadku wartości pieniądza, a więc także długów.
Wielkie kryzysy umiemy przechodzić lepiej niż 100 lat temu, ale wystawiane za nie rachunki nieodmiennie płacą miliony tzw. zwykłych, a więc ledwo zamożnych Jankesów, Włochów, Polaków…
Znajdują się już oczywiście tacy, którzy utrzymują, że od komornika uwolni nas AI. Byłbym w to wątpił, ponieważ my ludzie potrafimy wszystko zepsuć.

Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną.
Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.
Jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP).