Rolnictwo musi pójść na swoje
W Polsce też dali głos, ale poza rytualnymi głosami poparcia ze strony rządu, bardzo mało kto ich słuchał.
Protestowali także w moim imieniu, chociaż nie pytali, czy smakują mi steki z argentyńskiej bądź urugwajskiej wołowiny i czym różnią się od krajowej wołowiny po krowach mlecznych.
Po już prawie czterech dekadach od zmiany ustroju i ponad dwóch od przystąpienia Polski do UE czas na zmiany, czyli na przenosiny rolników ze „świątyni” do obejścia.
Specjalne traktowanie przedsiębiorców rolniczych, którzy nie dość, że płacą symboliczne podatki, to otrzymują dopłaty gotówkowe z budżetu Unii, czyli ze składek podatników, w tym oczywiście polskich, miało dość mocne uzasadnienie w czasach zaprzeszłych. Dziś nie ma.
Polska wieś: 15,1 mln mieszkańców, ale tylko 1,17 mln „gospodarzy”
Dajemy się nabierać na trik. Relatywne ubóstwo wsi jako wielkiego agregatu statystycznego jest propagandową wymówką polityczną uzasadniającą bezruch państwa w sprawie objęcia gospodarstw rolnych powszechną regułą podatkowo-składkową.
Tymczasem wieś jest dziś głównie miejscem zamieszkania, nie grzebania w ziemi. Na terenach wiejskich mieszka (2023) ok. 15,1 mln osób, a uprawą oraz chowem i hodowlą trudzi się ledwo 1,17 mln ludzi. Około połowa z ok. 1,2 mln gospodarstw rolnych to przy tym „drobiazg” uprawiający do 5 hektarów ziemi i mający marginalne znaczenie dla zaopatrzenia w żywność.
Należy najszybciej, jak to możliwe (czyli niestety nie wcześniej niż za co najmniej kilka lat), przeprowadzić czerwoną linię między mieszkańcami wsi utrzymującymi się z pracy zawodowej poza rolnictwem i świadczeń socjalnych, a właścicielami gospodarstw rolnych.
Uogólnienia mogą zaprowadzić na manowce, ale to akurat trzyma się kupy. Poznałem pewną wioskę na Mazurach. Trzydzieści lata temu usłyszeć można było tam muczenie kilku krów, beczenie kilkunastu owiec, gdakanie kur, syk gęsi.
Dziś ostał się jedynie ostatkowy drób karmiony „kupnym” zbożem. Kto ma jeszcze na tej wiosce ziemię, ten ją dzierżawi, ale dopłaty ma dla siebie.
Czytaj także: Finansowanie polskiej gospodarki i inwestycji rolnych przez banki – rekomendacje uczestników webinaru PAB WIB
Rolnicy w świecie podatków
Rolnicy nie dokładają się do budżetu. Po potrąceniach symbolicznego wkładu własnego wyłącznie z niego czerpią. Płacą podatek rolny „w naturze”, czyli równowartość 2,5 kwintali (250 kg) żyta za hektar. W 2025 było to 215,85 zł na tzw. hektar przeliczeniowy, przy czym gminy mogą obniżyć tę stawkę.
Do tego dochodzi mikroskopijny podatek od nieruchomości, w wysokości nie wyższej niż 62 grosze za 1m2. Za ten sam 1 metr kwadratowy garażu o ściankach „na jedną cegłę”, stojącego w nieśródmiejskiej części Krakowa zapłacę w 2026 roku bez mała 15 zł, tj. 25 razy więcej (sic).
Podatek rolny i od nieruchomości to dochody gmin. Łączne wpływy z podatki rolnego wyniosły niecałe 2 mld zł.
Podatek od nieruchomości pobrany w 2023 roku przez gminy wyniósł 19,5 mld zł, jednak większość tej kwoty to podatki wpływające na rachunki gmin miejskich i miejsko-wiejskich, a więc nie mających nic wspólnego z rolnictwem.
No i KRUS. Podstawowa składka płacona przez rolników na emerytury i inne świadczenia wynosi obecnie 169 zł miesięcznie. Lobbyści podkreślają jednak, że jeśli rolnik gospodaruje na ponad 300 hektarach, zapłaci nawet aż 981 zł miesięcznie…
Coś takiego! Nic dziwnego, że dotacje budżetowe do KRUS wyniosły w 2023 roku prawie 22 mld zł
Dla porównania pracownik na umowie z wynagrodzeniem 8 tys. zł brutto sam zapłaci składki na FUS i NFZ w wysokości 1718 zł miesięcznie, a jego pracodawca dołoży do tego 1638 zł. Razem = 3356 zł wobec 169 zł podstawowej stawki na KRUS.
Unia Europejska zawsze bardzo dbała i dba o rolników
W 2023 roku Polska rozdzieliła w ramach Wspólnej Polityki Rolnej Unii Europejskiej prawie 3,5 mld euro z tytułu wydatków związanych z rynkiem i na płatności bezpośrednie (EFRG) oraz 1,6 mld euro przeznaczonych na rozwój terenów wiejskich (EFRROW).
Czy możliwe jest opłacalne rolnictwo bez dotacji? Z tego co słyszymy w Polsce od lobby rolniczego, po stokroć – nie.
Jak ten czas leci. 31 stycznia 2026 roku minęło sześć lat od wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zwanego brexit. Naturalną konsekwencją było jej odcięcie od Wspólnej Polityki Rolnej.
Dofinansowanie zostało jednak zachowane. Wprowadzono tzw. Environmental Land Management Schemes, czyli wypłaty powiązane z ochroną środowiska, bioróżnorodnością, retencją wody, redukcją emisji. Ale są mniejsze, niż niegdysiejsze z WPR i stale się kurczą.
Już w przyszłym roku w Anglii zniknąć ma całkowicie dopłata podstawowa, która za czasów Unii, na Wyspach wynosiła 220-240 funtów od hektara. W Szkocji i Irlandii dopłaty spadły niewiele, a Walia uplasowała się gdzieś pośrodku.
Najwyższy czas na zmiany sektorze rolnictwa?
Już dość mamy w Polsce wewnętrznych wojen. Wojna miasta ze wsią byłaby zatem bardzo nie na miejscu. Spokojna głowa, nie wybuchnie z powodów polityczno-wyborczych.
Jest jednak prawie ostatni czas na przygotowania do istotnego podwyższenia podatków i składek pobieranych od rolników. Szermowanie w tym kontekście przebrzmiałymi hasłami o bezpieczeństwie żywnościowym jest niepoważne. Ukraina prowadzi od 4 lat ciężką wojnę, a nadal utrzymuje się w pierwszej piątce największych w świecie eksporterów pszenicy.
Komentator z rubryki „Charlemagne” w The Economist ujął sprawę w takie słowa: (…) Od Dublina po Ateny politycy, którzy sami nie wiedzą, jak działa krowa, traktują rolników tak czule i ckliwie, jak dziadkowie okazują miłość małym dzieciom.
Unia Europejska (…) sprawia czasami wrażenie klubu subsydiów rolniczych z własną flagą i parlamentem. Około jedna trzecia budżetu Unii trafia do rolników, głównie poprzez wspólną politykę rolną (WPR), która jest najświętszą krową w programie politycznym.
Traktat założycielski Unii stanowi, że rolnicy powinni mieć prawo do „godziwego poziomu życia”. O takim przywileju nie wspomina się w odniesieniu do żadnej innej grupy obywateli.
Zgadzam się z opinią, że unijne, a więc i polskie rolnictwo musi w końcu pójść na swoje.
