Finanse publiczne nie mają głosu, ale wystukują S.O.S.!

Finanse publiczne nie mają głosu, ale wystukują S.O.S.!
Jan Cipiur. Źródło: BANK.pl
Polskie rządy co roku podlewają kolejny nowy budżet sosem podbijającym smak dania. Nieważne, czy miał być beszamel, bearnaise, demi-glas, czy zwykły grzybowy, i tak bliżej im jednak do zlewek po pieczeniach. Pora zatem zamienić owe sosy na sygnał S.O.S. pisany dużymi literami i wołać na ratunek, pisze Jan Cipiur.

Gros Polaków nie zdaje sobie sprawy lub nie chce słyszeć o konsekwencjach narośli wydatkowej pęczniejącej na tkance dochodowej finansów publicznych.

Państwo nie ma woli zamieniać tej niewiedzy w wiedzę, bowiem osią polityki uprawianej tak od co najmniej dwóch dekad jest „niewnerwianie” wyborców.

Pojawiają się wszakże raz na pewien czas dobre dusze narzekające tyle tylko, ile trzeba – i to one zamiast biadolić ustaliły, co by tu można było zrobić.

„Budżetowe SOS” o ratowaniu polskich finansów

Wychynął właśnie z topieli „niedasizmu” wspólny raport dwóch jedynych wolnościowych think-tanków w Polsce: Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) i Warsaw Enterprise Institute (WEI). Autorzy „Budżetowego SOS” przekonują, że można byłoby wyprowadzić polskie finanse na prostą w ciągu trzech – czterech lat, choć trzeba po temu wielkiej odwagi politycznej. Cały raport dostępny jest na stronach internetowych obu instytucji.

Zatem w miejsce diagnozy z dziesiątkami wskaźników i porównań, wykrzyknik: jest bardzo źle, a za rok, dwa będzie jeszcze gorzej. W tym roku wydatki budżetu państwa mają wynieść 918,9 mld zł i być większe od dochodów o ok. 270 mld zł.

To olbrzymia suma, starczyłaby na finansowanie NFZ na obecnym poziomie przez półtora roku. Miliardy są jednak jednostkami nie dla zwykłych ludzi, więc do pieca na chwilę z nimi.

Jeśli po zamknięciu jego drzwiczek przesunąć przecinek o jedno miejsce w prawo i zamienić rok na miesiąc, znajdziemy się w jednym z niebogatych polskich domów, gdzie dwie pensje netto sumują się miesięcznie do 6472 zł (dochody budżetu w 2026 = 642,7 mld zł), konieczne wydatki rodziny, w tym spłata kredytów zaciągniętych kiedyś zbyt pochopnie wynoszą aż 9 189 zł, więc trzeba gdzieś dopożyczyć aż 2 700 zł.

Wg jedynie słusznej metodologii unijnej włączającej do rachunku także finanse samorządów, na koniec 2025 roku, łączne zadłużenie polskich finansów publicznych wynosi teraz ok. 2 225 mld zł, a więc dług rodziny z przykładu – 22 250 zł. I co biedaków czeka? Będą w kolejnych latach jeszcze biedniejsi niż są.

Czytaj także: Mamy szwedzkie wydatki i irlandzkie podatki

„Szara strefa budżetu” czyli fundusze pozabudżetowe

Groza jest większa od oficjalnej, bo spora część długu państwa chowa się po ciemnych zaułkach funduszy pozabudżetowych. Szary tłum nie ma w nie wglądu, a czynią wielką różnicę, bowiem gdyby ich dochody i wydatki włączyć do budżetu, jego deficyt (niedobór) byłby o bardzo wiele wyższy.

W 2025 roku wyniósłby nie ok. 275 mld zł (tyle wynosić ma faktyczne zeszłoroczne wykonanie), lecz po doliczeniu szacowanego na ok. 100 mld zł deficytu funduszy zarządzanych przez BGK – ok. 375 mld zł.

W przeciwieństwie do gospodarstw domowych suwerenne państwo poradzi sobie ściągając od obywateli i firm wyższe podatki, i psując pieniądz w wyniku inflacji (pieniądz zepsuty to mniejsza realna wartość długu).

Ułudą jest liczyć na dobroczynne efekty wzrostu gospodarczego, bowiem nominalnie był w 2025 dość wysoki, ale realnie ujemny, czyli nasze zasoby spadły.

Eksperci FOR i WEI proponują plan naprawy do 2029 roku

Dobrzy ludzie z FOR i WEI dostrzegli potencjalne możliwości wyjścia z impasu, nawet w kilka lat. Można rzucać perły przed wieprze, że politycznie są to zamki na lodzie. Dominuje ponadto w narodzie koszmarnie błędne nastawienie, że niech się biją na samej górze ile wlezie, bo nabiją siniaków nie nam a sobie. Jest wprost przeciwnie.

Autorzy uważają słusznie, że większe szanse powodzenia miałaby redukcja wydatków budżetowych niż podnoszenie podatków. Tego drugiego nie da się uniknąć, ale w ograniczonym wymiarze.

Wbrew pojawiającej się dość często tromtadracji w rodzaju „Polska w G-20”, ciągle jesteśmy krajem i społeczeństwem niebogatym. Podnoszenie podatków CIT i PIT oraz dziesiątków innych danin zawężałoby nieszerokie u nas pole inwestycji jako jedynego źródła wzrostu i rozwoju gospodarczego, a tym samym dźwigni dobrobytu.

W warstwie konkretnych działań na pierwszy plan wysunięte zostało zmniejszenie wydatków na cele społeczne poprzez głęboką racjonalizację wielkich wydatków na programy 800+, tzw. babciowe, renta wdowia. Bez wchodzenia w liczne szczegóły i zastrzeżenia, nie muszą i nie mogą korzystać z tych programów setki tysięcy rodzin zamożnych i bardzo bogatych.

Trzynaste i czternaste emerytury to zbytek. Najbiedniejsze gospodarstwa emeryckie można wspierać z części środków z ograniczenia bezwarunkowego „socjalu”.

Nie wiemy, jakie będą efekty upowszechnienia systemu elektronicznego fakturowania KSeF, ale niezależnie od takich oszczędności konieczne byłoby ujednolicanie wysokości stawek VAT, zarówno w celu zmniejszania skali demoralizujących przestępstw skarbowych, jak dla podniesienia dochodów podatkowych.

Wobec malejącego przyrostu demograficznego i wydłużającego się życia Polaków niezbędny jest powrót do zrównania wieku emerytalnego do 67 lat. Należałby szukać innych zachęt niż podatkowe do przedłużania aktywności zawodowej do jeszcze późniejszej starości, bo kolejne ulgi i zwolnienia podatkowe to bazgrolenie po paskudnej już ścianie.

Wszędzie w świecie ogromne szkody przynosi partykularny lobbing. W Polsce dotyczy to zwłaszcza otaczania przeskalowaną ochroną górnictwa i rolnictwa. Niezwykle poręcznym, ale odstawionym narzędziem oddłużenia jest wielka prywatyzacja, w tym spółek skarbu państwa, z pominięciem tzw. strategicznych. Przychody z prywatyzacji trafiałyby wyłącznie na fundusz oddłużenia państwa, nie mogłyby być wydatkowane na potrzeby bieżące, jak działo się ze środkami Funduszu Rezerwy Demograficznej.  

Poważne dochody przyniosłoby zniesienie moratorium na sprzedaż państwowej ziemi.

Po stronie wydatkowej jest propozycja zamrożenia na lata 2026-2027 wynagrodzeń w sferze publicznej z pominięciem personelu medycznego i wojska w linii.

Po wdrożeniu po stronie „winien i ma” takich lub bardzo podobnych działań, bylibyśmy w 2029 roku (w warunkach ceteris paribus) na początku prostej.

Mamy wojnę po wschodniej stronie granicy, na Zachodzie puściły kotwice geopolityczne, więc do argumentów za odnoszących się do pomyślności ekonomicznej w wyniku równoważenia finansów publicznych dołączyć trzeba przekonanie, że gdy zdarzy się jednak tzw. wszelki wypadek, lepiej mieć rezerwę niż pustą i w dodatku szpetnie zadłużoną kasę państwa.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym. Jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP).
Źródło: Portal Finansowy BANK.pl