Alternatywne siły pomagają naszej gospodarce
Jak by pan określił stan polskiej gospodarki?
– Optymistycznie powiem, że nasza gospodarka w ostatnich dwóch dekadach a szczególnie przez ostatnie dwa lata pozytywnie zaskakuje. Widoczne to jest w danych za drugi kwartał br. Był to okres, po rozpoczęciu się wojny w Iranie i rozpoczął się szok energetyczny, ale mimo tego koniunktura u nas wygląda bardzo dobrze. Zanotowaliśmy prawie 4% wzrostu gospodarczego. Zatem mimo trudnej sytuacji wzrost nie spowolnił. Odporność gospodarki na zewnętrzne szoki jest duża. Możliwe, że był to tegoroczny szczyt, jeżeli chodzi o koniunkturę.
A jak poszczególne segmenty naszej gospodarki przyczyniły się do tak wysokiej dynamiki wzrostu PKB?
– Okazuje się wprawdzie, że konsumpcja trochę ucierpiała, bo dochody realne ludności były gorsze ze względu na szok energetyczny. Jednak jak zawsze w Polsce są jakieś alternatywne siły, które poprawiają obraz naszej gospodarki. W tym przypadku są to oczywiście inwestycje. Jesteśmy blisko szczytu cyklu inwestycji publicznych, wykorzystujemy środki z KPO. Naprawdę zaawansowany jest stan wydawania środków strukturalnych. I dzięki temu mamy 8,5% wzrostu inwestycji.
Dodatkowo pozytywnym zaskoczeniem okazuje się eksport netto, i to pomimo drogich importowanych surowców i pomimo kupowania za granicą militariów. W tych trudnych warunków eksport netto wniósł półprocentowy pozytywny wkład we wzrost PKB.
Gdybyśmy spojrzeli na drugą stronę, tą bardziej podażową gospodarki, jak to się mówi w żargonie, to tutaj widzimy powody zaskoczenia z ostatnich dwóch lat. Chodzi mi o przemysł, który do niedawna radził sobie dosyć słabo. Teraz okazuje się, że drugi kwartał był już troszkę lepszy. Jednak wciąż okres od końca epidemii COVID do dzisiaj jest dla naszego przemysłu słaby. Dlatego ten naturalny motor wzrostu gospodarczego Polski nie wypełnia swojej roli. Ale to dotyczy całego naszego regionu, nie mówiąc o Niemczech, gdzie jest recesja.
Jak to jest, że mimo słabej koniunktury w przemyśle polska gospodarka rośnie, i to prawie w czteroprocentowym tempie.
– Tu specyficzna dla Polski dywersyfikacja gospodarki pokazuje swoje plusy. Mamy bardzo dynamicznie rozwijający się sektor usług, począwszy od tych magazynowych, które rozkwitły w czasie epidemii COVID. Mamy też usługi bardziej zaawansowane, czyli centra usług biznesowych, które zatrudniają prawie pół miliona ludzi i ich udział w PKB to już ok. 6%.
Jeszcze więcej wnoszą do wzrostu PKB firmy technologiczne, i to pomimo obaw związanych z rewolucją AI. Ten wkład do PKB to w dużej mierze zasługa wysokiej jakości dostępnego w Polsce kapitału ludzkiego. U nas łatwiej jest znaleźć osobę z rozsądnymi oczekiwaniami płacowymi i wyższym wykształceniem, np. doktoranta, niż rzemieślnika stolarza czy hydraulika. Ta specyficzna cecha polskiego rynku pracy właśnie czyni go atrakcyjnym dla inwestycji w centra usług biznesowych, logistycznych, informatycznych. Dzięki nim Polska gospodarka wciąż wyraźnie rośnie mimo słabnącego przemysłu. Oczywiście rośnie też handel jako tradycyjna gałąź.
Trwa jednak dyskusja, jak trwały jest model gospodarki z rozwijającymi się tymi segmentami. Ja uważam, że to jest dosyć trwałe. Mówiliśmy o silnych cechach naszej gospodarki. A co pogarsza jej obraz?
– Presja konkurencyjna z zagranicy jest bardzo duża. Warunki, w jakich przychodzi działać polskiemu biznesowi, znacząco się różnią od tych z ostatnich 20 lat. Mówię, że to jest taki nietypowy cykl gospodarczy. Przede wszystkim mamy stagnację u naszych głównych partnerów handlowych, czyli w Niemczech i w reszcie Eurozony. Tutaj niby drugi kwartał był troszeczkę lepszy, ale nie mamy pewności, czy to jest trwała poprawa.
Gdy rozmawiam z przedstawicielami naszych eksporterów, to mówią, że marże się zawęziły. W przeszłości można było to nadrobić większymi obrotami, ale nasze tradycyjne rynki eksportowe stoją.
Mimo to polski eksport rośnie od pięciu-sześciu lat. Można by jednak sobie życzyć, aby rósł szybciej. Były już okresy, gdy eksport był mocniejszy. Tak więc stagnacja na naszych głównych rynkach eksportowych jest dużym problemem. Do tego dochodzi duże przywiązanie do tych starych rynków – to jest jeden ze słabych punktów naszej gospodarki.
Konkurencja chińska jest bardzo silna. My mówimy o tym od mniej więcej półtora roku. Zdiagnozowaliśmy to dzięki stałemu dialogowi, jaki prowadzimy z biznesem. Co więcej, statystyki pokazują, że ta ekspansja chińskiego biznesu wciąż przyspiesza.
Jedna z miar tej ekspansji jest porównanie jej z inflacją dóbr trwałego użytku. W Polsce utrzymuje się deflacja, czyli spadek cen towarów trwałych i półtrwałych, a zatem cen z kategorii, w której mieści się bardzo dużo importu z Chin. Nawet rozpoczęcie wojny w Iranie i dotykający Chiny szok energetyczny nie spowodował, że ta deflacja w Polsce się skończyła. To pokazuje, jak agresywną politykę cenową prowadzą Chiny, wchodząc na rynek europejski i na rynek polski.
W jakich branżach Chiny są najgroźniejszym konkurentem dla polskich firm?
– Choćby w branży samochodowej, o czym piszą wszystkie media. Są bardzo silni na rynku AGD. Nie zdajemy sobie sprawy, że nawet dwie trzecie, a może i trzy czwarte tego europejskiego rynku jest już oponowane przez chińskie firmy. Może nie widać tego gołym okiem, ale dane branżowe to pokazują. Podobna sytuacja dotyczy mebli i rynku odzieżowego.
To były kiedyś nasze tradycyjne branże eksportowe.
– Meblarze mówią, że drewno, które wyrosło w naszych lasach, wraca z Chin w formie mebli, których ceny są wciąż konkurencyjne dla polskich producentów, pomimo że drewno, z którego je zrobiono objechało pół świata.
Są też oczywiście i inne chińskie branże bardziej związane z nowoczesnymi technologiami. Jest tych produktów z Chin w naszych sklepach naprawdę bardzo dużo i one są zagrożeniem w wielu tradycyjnych sektorach, które do niedawna były mocną stroną polskiej gospodarki. W zasadzie większość firm na to narzeka.
Mówimy o firmach, a teraz wszyscy ekonomiści narzekają na zły stan finansów publicznych?
– Tak to też jest kłopot i trudność. Polski budżet państwa konsumuje znaczną część oszczędności polskiej gospodarki, których mamy dosyć dużo, bo jesteśmy krajem bogatym. Natomiast niewystarczająco dużo tych oszczędności konsumują firmy.
Często mówię, że pod względem wskaźników PKB na głowę jesteśmy już krajem bogatym. Uwzględniając poziom cen, jesteśmy już prawie tak bogaci jak Japończycy. Natomiast zachowania inwestycyjne polskich firm, w zasadzie są takie, jakby działały w takim biednym rozwijającym się kraju, totalnie niestabilnym, gdzie nikomu się nie wierzy.
W naszych przedsiębiorstwach mamy ogromną awersję do inwestycji. Oczywiście taktycznie to się nieco poprawia. W drugim kwartale te inwestycje odbijały i wreszcie pewnie się poprawią, gdy w pełni wykorzystamy środki z KPO. Ale generalnie ostatnie kilkanaście lat upłynęło pod znakiem słabych inwestycji prywatnych, a wiadomo, że to właśnie one dają większy wzrost produktywności.
Podsumowując wszystkie czynniki groźne dla naszego wzrostu gospodarczego, dochodzimy do momentu, że te dawne motory wzrostu gospodarczego się wyczerpują, konkurencja narasta, rynki eksportowe słabną i sposób prowadzenia biznesu po staremu będzie coraz trudniejszy. Oczywiście z naszych rozmów z polskim biznesem wynika, że są liderzy, którzy się lewarują, inwestują, wychodzą za granicę, skalują swój biznes, podnoszą produktywność, co jest najważniejsze. Jednak jednocześnie jest bardzo duża rzesza polskich firm, które są mistrzami świata w utrzymywaniu status quo, czyli poleganiu na taniej pracy. Polski biznes jest bardzo kreatywny w ściąganiu tanich pracowników.
Z naszych analiz danych branżowych wynika, że w Polsce zatrudnionych jest nawet do miliona pracowników, którzy w ogóle nie istnieją w statystykach. Sprowadzani są często jako pracownicy delegowani np. z Cypru, a pochodzą spoza Unii Europejskiej. Nie wiem, jak to się będzie kształtowało po zmianach polityki migracyjnej. Natomiast nasze wywiady z biznesem wskazują, że to te mniejsze firmy są superaktywne w ściąganiu tanich pracowników, natomiast niewystarczająco kreatywne w inwestowaniu i w tych wszystkich decyzjach biznesowych, które podnoszą produktywność. I to jest bardzo niepokojące.
Dlaczego właśnie teraz polski prywatny biznes powoli zaczyna korzystać z kredytów?
– Widać, że biznes czekał na te publiczne pieniądze z KPO, czekał na fundusze strukturalne i teraz ruszył wraz z rozpoczęciem cyklu inwestycji publicznych. Dane z firm zatrudniających ponad 50 pracowników pokazują u nich wzrost inwestycji o około 20%. Czyli prywatne nakłady ruszają symetrycznie, razem z ożywieniem w inwestycjach publicznych.
Inna sprawa, że przy takiej zachowawczej postawie biznesu, w czasie wojen i konfliktów, może i dobrze, że jest tyle tych inwestycji publicznych. Bo to one kreują te równoległe inwestycje prywatne i może kiedyś to wszystko jakoś się rozkręci.
Z moich rozmów z ekonomistami wynika, że oni wszyscy, w większym lub mniejszym stopniu, uważają stan finansów publicznych za groźny dla wzrostu gospodarczego.
– Jesteśmy krajem z bardzo dużym deficytem, co nie jest optymalne z powodów, o których powiedziałem. Ten nasz duży deficyt ma wiele minusów, szybko narasta dług, koszty jego obsługi są wysokie i nie mamy bufora na jakieś ekstra wydarzenia typu spowolnienie gospodarcze czy wojna.
Co gorsza, wiele z tych wydatków, które w ostatnich latach napompowały deficyt, szczególnie wydatków na demografię, kompletnie nie spełnia swoich celów. Najnowsze badania pokazują, że finansowe zachęty by posiadać dzieci, kompletnie nie działają. Powodem problemu z demografią są raczej postawy przyszłych rodziców i ich skupienie się na sobie. Tymczasem Polska wciąż wydaje grube miliardy na cele, które trzeba adresować inaczej.
Liczba dzieci rzeczywiście spada, ale czy ktoś oszacował, ile by ich było, gdyby nie wprowadzono 500+, a potem 800+.
– Głównym powodem słabej sytuacji są postawy młodych ludzi. Według mnie te nasze nakłady na politykę reprodukcyjną są nieefektywne, a jednocześnie wciąż mówimy o dużym deficycie finansów publicznych.
Ważne, że nie widać, żeby politycy rozumieli potrzebę zmniejszania tego deficytu. Ostatnio minister finansów, co prawda, nie dał się wciągnąć w przedwyborczy wyścig na wydatki, ale gros polityków innych partii cały czas uważa, że trzeba rozdawać dużo pieniędzy.
Deficyt finansujemy głównie z oszczędności Polaków, dlaczego nie szukamy pieniędzy za granicą?
– Inwestorzy zagraniczni nie kupują polskich obligacji. Ich nastawienie do Polski to jest taka kontrolka, która pokazuje, czy ludzie, którzy są apolityczni i bardzo pragmatyczni w swoich ocenach wierzą naszym politykom, czy nie. Niestety widać, że nie wierzą.
To też jest ważny sygnał, który warto brać pod uwagę, Widać, że pomimo dużego deficytu, ogromnych potrzeb pożyczkowych, wydatków, które są w wielu obszarach mało efektywne, nie ma u nas takiego konsensusu, żeby zacząć obniżać deficyt. Nikt nie pracuje nad tym, by zrobić finansowy bufor na wypadek spowolnienia gospodarczego czy na wojnę.
Wróćmy do kredytów. Dlaczego polskie firmy nie chcą z nich korzystać?
– Gdybyśmy chcieli podsumować, pierwszym powodem, o którym my często mówimy, jest sfera regulacyjna polskiej gospodarki. Polska weszła w okres regulacyjnego ADHD przynajmniej dekadę temu. Doświadczyliśmy także podkopywania reguł państwa prawa. Przez wiele lat te regulacje były kompletnie nieprzewidywalne i biznes stopniowo coraz mniej ufał politykom. Jest szereg badań pokazujących, jak to jest ważne dla prosperity gospodarki. Dodatkowo, ilość regulacji unijnych też rośnie szybko i one utrudniają prowadzenie biznesu.
Drugim powodem jest wspomniane załamanie się tradycyjnych rynków naszego eksportu. Trzecią rzeczą, o której wielu inwestorów i firm niestety pamięta, to poprzednia dekada superniskich stóp procentowych. Ale to szybko nie wróci, bo trwa polaryzacja globalna, mamy dwie wojny, i jeszcze jest rewolucja technologiczna w USA, która generuje ogromne potrzeby kapitałowe. Ta prawda o stopach będzie wymuszała rewizję podejścia w wielu przedsiębiorstwach.
Co na obecnym etapie, politycy i rząd powinni zrobić, żeby poprawiła się sytuacja gospodarcza kraju?
– W Polsce poziom sporu politycznego jest na tak wysokim poziomie, że wielu biznesmenów uważa, że warunki ich działania są praktycznie nieprzewidywalne i nie chcą tu inwestować. Co ciekawe, ta walka obozów działa mrożąco zarówno na sektor prywatny, jak i decyzje w sektorze publicznym – widzimy jak wloką się inwestycje energetyczne. Albo jak ogromna jest awersja dużych przedsiębiorstw z udziałem Skarbu Państwa do zakupów rodzimych innowacyjnych rozwiązań.
Czasami politykom się wydaje, że to co robią, jest jakimś sposobem prowadzenia polityki i że to wszystko trzyma się w jakiejś bańce, nie wpływając na gospodarkę. Ale to nie jest tak. To ma bezpośrednie przełożenie na przedsiębiorców i ich apetyt na ryzyko.
Dwa lata temu przyznano Nagrodę Nobla za badania pokazujące, jak kwestie instytucjonalne mają ogromne przełożenie na ocenę ryzyka przez firmy.
Kolejną sprawą do zrobienia jest potrzeba zmiany wektorów gospodarki. Widzimy, że te tradycyjne sektory, czyli przemysł, słabiej działają a gospodarka pomału, małymi kroczkami, przesuwa się w kierunku usług. Widzimy, że gospodarki rozwinięte typu Ameryka bardzo wyprzedziły Europę głównie przez sektor technologiczny. Pod tym względem Polska odstaje.
Gdybyśmy zobaczyli np. na rozwój systemu finansowego i wielkość oraz znaczenie funduszy venture capital, private equity, to jesteśmy dużo mniejsi niż Czesi, państwa bałtyckie, nie mówiąc już o krajach rozwiniętych. Zatem cenię inicjatywy tworzenia funduszy, które powstają np. w PFR, jak Innovate Poland. One obierają jak najbardziej dobry kierunek, tylko Polska potrzebuje tego dużo więcej.
Innym ważnym problemem do rozwiązania jest to, że Polska ma znaczącą społeczność programistów albo ekspertów pracujących w centrach usług biznesowych. Gross zysku z ich pracy realizują zagraniczne firmy, w których są oni zatrudnieni. W żargonie nazywa się to efekt dark kitchen. Polskie startupy albo ogólnie biznes innowacyjny nie może przebić szklanego sufitu i wyjść na rynki międzynarodowe z produktem pod swoją marką, bo brakuje kapitału akceptującego ten profil ryzyka, ale także mechanizmów inkubacji i akceleracji startupów, aby mogły sprzedawać pod swoją marką na rynkach międzynarodowych i realizować odpowiednią marżę.
Kolejnym naszym postulatem do polityków jest potrzeba wsparcia dużych firm. Przez dziesięciolecia polscy politycy powtarzali, że zawsze bronią małych i średnich przedsiębiorstw. Ma to swoje wytłumaczenie, bo to się przekłada na liczbę głosów. Ale teraz nastał czas, że duże przedsiębiorstwa potrzebują wsparcia.
W stosunku do krajów rozwiniętych mamy nadreprezentację małych firm oraz niewystarczającą zbiorowość dużych firm. Tymczasem to właśnie duzi gracze są nawet trzykrotnie bardziej produktywni.
Następna sprawa to nasze zagraniczne inwestycje bezpośrednie, czyli te, które wychodzą z Polski. One mniej więcej stanowią 5% naszego PKB. Tymczasem w Czechach i na Węgrzech jest to 15-20%, nie mówiąc już o innych bogatszych krajach. Widzimy potrzebę skalowania biznesu i jego internacjonalizacji. To jest kolejny wektor zmian, który należy wspierać, natomiast politycy cały czas chętnie powtarzają, że oni wspierają małe i średnie przedsiębiorstwa.
Kolejny postulat do polityków dotyczy sektora militarnego. To może być koło zamachowe polskiej gospodarki. Historia pokazuje, że im więcej prywatnego biznesu uczestniczy w tej, można powiedzieć, rewolucji militarnej, tym jest ona skuteczniejsza. Trochę nas niepokoi, że tak dużo zamówień trafiło do przedsiębiorstw państwowych. Mam świadomość, że to wynika z faktu, że polski prywatny sektor obronny jest po prostu mały i rozdrobniony i nie byłyby w stanie dźwignąć takiego programu jak SAFE. Jednak na pewno, planując te przyszłe inwestycje, warto właśnie wspierać i kierować jak największą część tych inwestycji właśnie do prywatnego biznesu. Dzięki temu gospodarka będzie szybciej rosła, bo prywatne firmy są po prostu bardziej efektywne. Badania międzynarodowe pokazują, że inwestycje w militaria wymagają ponadprzeciętnie dużo nowych technologii, dlatego nie wypychają z rynku prywatnych inwestycji, a nawet je kreują. Jest więc okazja, żeby jednocześnie podnieść innowacyjność gospodarki i trochę się uzbroić.
Siłą polskiej gospodarki w ciągu ostatnich pięciu-sześciu lat jest wspominany już sektor usług dla biznesu, który wykorzystuje dostępne talenty oraz wciąż duże różnice w koszcie pracy, czy ogromną infrastrukturę biurową. Dzisiaj trwa dyskusja, czy rewolucja AI skanibalizuje ten biznes. Zdania są podzielone, ale uważam, że do Polski trafiają bardzo specjalistyczne usługi wymagające bezpiecznej lokalizacji (friendshoring) oraz zaawansowanej wiedzy. Wokół tej branży rośnie ogromny ekosystem zarówno firm, jak i kompetencji ludzi. AI może z tym konkurować, ale niekoniecznie i dlatego wydaje się, że to jest kierunek gospodarki, który może w przyszłości bardzo dużo przynieść wzrostu. Jednak on też wymaga wsparcia, żeby jak najwięcej polskich firm z tego sektora powstawało, bo w tej chwili cały czas wciąż głównie wypożyczamy zagranicy te polskie talenty.