Wracamy na dobrą ścieżkę rozwoju
Jaki będzie 2026 r. dla polskiej gospodarki? Lepszy od poprzedniego?
– Wiele wskazuje, że podobny, ale jednak trochę lepszy.
Dlaczego?
– Zaczyna się powoli poprawiać otoczenie makroekonomiczne. Co szczególnie istotne, pojawiły się pierwsze jaskółki wskazujące, że Niemcy zaczynają wychodzić z trwającej od kilku lat fatalnej stagnacji gospodarczej. Poprawa jest bardzo powolna, ale chyba już widoczna. Co prawda czynników zewnętrznych, które pozostają niewiadomą, wciąż jest wiele. Kwestia Ukrainy, czy dalsze działania prezydenta Donalda Trumpa. Jeśli jednak obecne trendy się utrzymają, to w zaczynającym się roku sytuacja zewnętrzna będzie dla Polski korzystniejsza.
A sytuacja wewnętrzna? W jakiej kondycji gospodarczej Polska weszła w nowy rok?
– Patrząc na miniony rok, trzeba przyznać, że jego pierwsze półrocze nie było zachwycające. Rządzący co prawda lubili podkreślać, że nasz ok. 3-procentowy wzrost PKB należał do najszybszych w Europie. Fakt, ale niestety był to wzrost o nienajlepszej strukturze, ciągnięty przez wydatki konsumpcyjne, raz bardziej przez konsumpcję rządową, raz przez konsumpcję prywatną. Natomiast inwestycje wcale nam nie rosły, spadała też dynamika eksportu – co nie jest niczym dziwnym, gdy nasi główni partnerzy zmagali się z recesją. Takiego wzrostu, napędzanego tylko konsumpcją, nie da się utrzymać na dłuższą metę. Natomiast ostatnie dane przyniosły powiew optymizmu, bo w trzecim kwartale wyraźnie wzrosły zarówno inwestycje, jak i eksport. W przypadku eksportu było to pewne zaskoczenie, biorąc pod uwagę powolną poprawę w Niemczech i silny kurs złotego. Czekamy jeszcze na dane za ostatni kwartał, które pokażą, czy poprawa jest trwała, czy też wrócimy do problemów z pierwszego półrocza. Ja jednak skłaniałbym się do twierdzenia, że mamy do czynienia ze zmianą na lepsze.
Z jakiego powodu?
– Spodziewałem się, że w którymś momencie to musi się wydarzyć, że inwestycje zaczną wreszcie wzrastać. Inwestycje publiczne będą teraz gwałtownie przyspieszać ze względu na uruchomienie środków z KPO. Ale sytuacja będzie też skłaniała do tego, co jest najważniejsze, czyli do wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. Jeśli trend z trzeciego kwartału się utrzyma, w całym roku możemy mieć wzrost inwestycji o 5-7%. A to by oznaczało, że wracamy na dobrą ścieżkę rozwoju. Dostępne dane na razie nie pozwalają stwierdzić, czy do wzrostu inwestycji kontrybuował głównie sektor publiczny, czy prywatny, ale intuicja mi podpowiada, że i wśród firm mamy już do czynienia z ożywieniem. A skoro tak to można się spodziewać kontynuacji trendu także w przyszłym roku. Z kolei wzrost eksportu przyspieszył do 6% po kilku kwartałach stagnacji. To sugeruje, że i w 2026 r. możemy spodziewać się wyższej dynamiki niż dotychczas.
Jak to ożywienie w inwestycjach i eksporcie przełoży się na tempo wzrostu PKB? Rząd w ustawie budżetowej zakłada 3,5%. Zgadza się pan z taką oceną?
– Tak, też spodziewam się takiego tempa wzrostu PKB. Zresztą, jeśli nic nieoczekiwanego nie wydarzy się w czwartym kwartale, to już w 2025 r. możemy mieć wzrost gospodarczy powyżej 3,5%. Czyli mówimy o wzroście umiarkowanym, ale na tle europejskim w ścisłej czołówce. Tylko że samo tempo wzrostu nie jest najważniejszą kwestią. Tak jak mówiłem, w pierwszym półroczu 2025 r. struktura wzrostu była bardzo niezadowalająca i dopiero niedawno zaczęła się poprawiać. Dlatego w roku 2026 spodziewam się podobnego tempa rozwoju gospodarczego, ale ze znacznie zdrowszą strukturą. Osłabnie nam dynamika spożycia, wzrosną inwestycje i eksport. Zapewne wzrośnie też poziom importu ze względu na przyspieszenie inwestycji, co będzie prowadziło do pogorszenia salda handlowego i wzrostu deficytu obrotów bieżących, ale nie będzie to zjawisko o skali niebezpiecznej dla polskiej gospodarki.
Ostatnie dane przyniosły powiew optymizmu, bo w trzecim kwartale wyraźnie wzrosły zarówno inwestycje, jak i eksport. W przypadku eksportu było to pewne zaskoczenie, biorąc pod uwagę powolną poprawę w Niemczech i silny kurs złotego. Czekamy jeszcze na dane za ostatni kwartał, które pokażą, czy poprawa jest trwała, czy też wrócimy do problemów z pierwszego półrocza.
W listopadzie inflacja pierwszy raz od półtora roku znalazła się poniżej celu inflacyjnego NBP. Jednak ostatnie obniżenie poniżej 2,5% trwało zaledwie dwa miesiące i tak naprawdę z wyraźnie podwyższoną inflacją zmagamy się od ponad czterech lat. Czy w 2026 r. to się zmieni i inflacja utrzyma się w okolicach celu?
– W kwestii inflacji jesteśmy zakładnikami decyzji politycznych. Musimy pamiętać, że mamy do czynienia ze znaczącą inflacją zawieszoną na skutek zamrożenia cen nośników energii dla gospodarstw domowych. Można ten efekt szacować na 1 do 2 p.p. Gdyby więc szybko urynkowić ceny, okazałoby się, że wcale nie jesteśmy poniżej celu, tylko wyraźnie powyżej. Kluczowe pytanie brzmi, kiedy te ceny zostaną uwolnione i w jaki sposób się to odbędzie – czy jednorazowo, czy etapami. Odpowiedź brzmi: nie mamy pojęcia. O ile się nie mylę, jesteśmy ostatnim państwem w Europie, które wciąż subsydiuje ceny energii. Wiele państw wprowadziło takie dopłaty po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i skokowym wzroście cen, ale wszyscy, poza nami, już się z nich wycofali. To są gigantyczne koszty dla budżetu, ponieważ państwo musi, w ten czy inny sposób, zwracać firmom energetycznym różnice między ceną rynkową a tą płaconą przez gospodarstwa domowe. Tego nie da się przy obecnym stanie finansów publicznych utrzymywać w nieskończoność.
Budżet szykuje się napięty i z rekordowymi wydatkami na zbrojenia.
– To prawda, z tym że stwierdzenie, że mamy wydawać na obronę narodową 5% PKB nie jest decyzją gospodarczą, tylko związaną z bezpieczeństwem. Natomiast kwestia subsydiowania, bądź nie, cen energii to jest decyzja ściśle związana z polityką gospodarczą. Jakąś decyzję trzeba będzie w końcu podjąć. Wiele wskazuje na to, że możemy oczekiwać częściowego dostoswania cen, ale zapewne dopiero po zakończeniu sezonu grzewczego, gdy w naturalny sposób rachunki spadają i podwyżki są łatwiejsze do zaakceptowania przez wyborców. Wracając do inflacji – wtedy zanotowalibyśmy jej skokowy wzrost, co nie zmienia faktu, że ogólnie mamy do czynienia ze spadającymi oczekiwaniami inflacyjnymi i sytuacja się poprawia.
Jest jeszcze jedna niewiadoma dotycząca inflacji, czyli kurs walutowy. Według wskaźnika realnego kursu, wyliczanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy w oparciu o zmiany jednostkowego kosztu pracy, złoty jest obecnie najmocniejszy w historii. To oczywiście sprzyja niskiej inflacji. Kurs może się jednak zacząć osłabiać z dwóch powodów: pogorszenia wyników handlu zagranicznego oraz na skutek złego stanu finansów publicznych. Zwróćmy uwagę, że dwie z trzech czołowych agencji ratingowych ostrzegły o możliwości obniżenia oceny ratingowej Polski. Dlatego, doceniając poprawę sytuacji, należę do tych, którzy zachowują sceptycyzm wobec bardzo optymistycznych prognoz inflacyjnych. Inflacja wciąż nie jest pod pełną kontrolą i w 2026 r. może wynieść pomiędzy 3 a 4,5% w zależności od decyzji rządzących i układu zewnętrznych czynników.
Finanse publiczne rzeczywiście są w tak złym stanie?
– Co gorsza nie oczekuję tu żadnej poprawy. W 2026 r. ponownie będziemy mieli do czynienia z dużym deficytem, zapewne po raz kolejny przekraczającym 6% PKB. Dług publiczny narasta i w ciągu kilku lat może osiągnąć poziom 70% PKB. Nie jest to oczywiście sytuacja grożąca katastrofą, ale na pewno psuje nasz wizerunek finansowy. Rządzący oczywiście mają wiele uzasadnień, dlaczego tak się dzieje. Nie ma jednak żadnej partii w Polsce, która miałaby dziś odwagę dać odpowiedź na pytanie jak zrównoważyć finanse publiczne. Skoro wiemy, że musimy znacznie więcej wydawać na obronność i służbę zdrowia, powinniśmy to jakoś skompensować – albo przez wzrost dochodów, albo redukcję innych wydatków, zwłaszcza rozbudowanych w ubiegłych latach wydatków socjalnych. Żadna partia nie ma tu czystego sumienia, bo nikt nie potrafi przyznać, że w obecnej sytuacji na część tych wydatków nas nie stać.
Według wskaźnika realnego kursu, wyliczanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy w oparciu o zmiany jednostkowego kosztu pracy, złoty jest obecnie najmocniejszy w historii. To oczywiście sprzyja niskiej inflacji. Kurs może się jednak zacząć osłabiać z dwóch powodów: pogorszenia wyników handlu zagranicznego oraz na skutek złego stanu finansów publicznych.
Jaki byłby, pana zdaniem, najlepszy sposób poprawienia sytuacji finansów publicznych?
– Nie ma dobrych sposobów, bo oszczędności zawsze są nieprzyjemne. Można oczywiście podnieść podatki, ale to jest ruch mało popularny w społeczeństwie, więc i mało prawdopodobny. Ekonomiści badający naturę finansów publicznych zwracają uwagę, że podwyżki podatków nie są zbyt skutecznym narzędziem, a trwałą poprawę finansów publicznych uzyskuje się przede wszystkim przez ograniczenie wydatków. A jeśli chodzi o wydatki budżetowe, to dzielimy je na trzy grupy. Pierwszą są wydatki na bezpieczeństwo – zbiorowe, czyli obrona narodowa i indywidualne, czyli służba zdrowia. Te wydatki wzrosły nam ostatnio o 5 p.p. i stanowią już odpowiednik 11% PKB. Drugą grupą są wydatki socjalne, odpowiadające 23% PKB, które za poprzedniego rządu wzrosły o 3-4 p.p. A trzecia grupa to wszystkie inne wydatki na funkcjonowanie państwa, ok. 15% PKB. I wbrew temu co się zazwyczaj mówi, w tej trzeciej grupie wydatków nie ma pola na jakieś wielkie oszczędności. Jedynym rozwiązaniem wydaje się ograniczenie ciężaru wydatków w drugiej grupie. Wydatki socjalne w relacji do PKB mamy powyżej średniej dla Unii Europejskiej. Na państwo dobrobytu wydajemy więc naprawdę dużo – tyle ile możemy, a nawet więcej. Choć zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia beneficjentów od razu pojawią się głosy, że co to za dobrobyt, gdy świadczenia są takie niskie.
Podobnie jest z oceną służby zdrowia.
– W tym przypadku zwróciłbym uwagę, że łączne wydatki na ochronę zdrowia wzrosły w ostatnich latach z 6 do 8% PKB, przy przez cały czas rosnącej gospodarce. Realnie w ciągu pięciu lat nakłady wzrosły o 80%, a efektów rzeczywiście nie bardzo widać. To pokazuje, że mamy system, który z finansowego punktu widzenia jest chronicznie niewydolny i nawet dosypywanie coraz większych środków nie przynosi rezultatów w postaci poprawy funkcjonowania. To efekt tego, że ochrona zdrowia od dekad jest niezreformowana. Dodatkowe środki zostały spożytkowane głównie na wzrost płac – i do pewnego stopnia słusznie, bo uchroniło nas to przed odpływem lekarzy za granicę – ale wzrostu sprawności działania trzeba szukać w reformach. A te nie wszystkim są na rękę.
A jakie widzi pan perspektywy dla sektora bankowego, który w 2026 r. zapłaci wyższy CIT i będzie działał w środowisku obniżonych stóp procentowych?
– Niskie stopy będą w mojej ocenie znacznie większym wyzwaniem niż podwyżka CIT. W ostatnim czasie banki notowały rekordowe zyski właśnie za sprawą wysokich stóp procentowych. Teraz sytuacja się zmienia. Znikają proste sposoby zarabiania pieniędzy i trudniej też będzie przerzucać na klientów koszty związane np. z nowymi podatkami. Jeśli dodamy do tego spodziewany wzrost inwestycji i związany z nim większy popyt na kredyt, to banki na nowo będą musiały walczyć o depozyty klientów, podwyższać oprocentowanie depozytów, zmniejszać poziomy marż. W rezultacie zyski banków spadną. Ten rok nie będzie już tak dobry dla banków jak poprzednie.