Odmiany oburzenia
Mój bezpośredni kontakt z los indignados - czyli oburzonymi po hiszpańsku - miał miejsce już w momencie pierwszych wielkich manifestacji na placu Puerta del Sol w Madrycie, w maju i czerwcu 2011 r.
Dariusz Filar
Za nawiązaniem tego kontaktu krył się fakt, że na cykl wykładów pt. „Money, Inflation and Monetary Policy”, prowadzony przeze mnie w Uniwersytecie Gdańskim w semestrze letnim roku akademickiego 2010/2011, zapisała się spora grupa studentów hiszpańskich przebywających w Polsce za sprawą europejskich programów edukacyjnych. Ci młodzi ludzie pod koniec semestru zaczęli prosić o usprawiedliwienie nieobecności na jednych czy drugich zajęciach, a jako przyczynę podawali właśnie chęć dołączenia chociaż na chwilę do kolegów protestujących w ich ojczyźnie. Nie jestem pewien, czy odczytywali sarkazm w moim głosie, gdy mówiłem, że demonstracja, na którą przez pół Europy można polecieć samolotem (nawet, jeśli są to tanie linie), z perspektywy młodości mojego pokolenia jest przedsięwzięciem dosyć luksusowym.
Ale po ich powrocie rozmawialiśmy też o madryckich wydarzeniach na poważnie i wówczas nie mogłem zbywać żartem ich argumentów. A brzmiały one mniej więcej tak: „Bezrobocie w Hiszpanii sięgnęło 5 mln osób, co oznacza stopę bezrobocia przekraczającą 21 proc. Wśród ludzi młodych szans na znalezienie pracy nie ma niemal co druga osoba. Jesteśmy pokoleniem znacznie lepiej wykształconym niż nasi poprzednicy, ale nagle okazało się, że nasza wiedza do niczego nie jest społeczeństwu potrzebna. Bez stałego zatrudnienia nie możemy marzyć o usamodzielnieniu się, zdobyciu mieszkania, zapewnieniu sobie jakiejkolwiek normalnej egzystencji. Czy nie jest oburzające, że znaleźliśmy się w takim położeniu?” Moje nieśmiałe uwagi, że może w poszukiwaniu pracy trzeba trochę obniżyć aspiracje (tak, co do jej charakteru, jak i wysokości wynagrodzenia) lub nawet pokusić się o wymyślenie sobie zajęcia natury alternatywnej (poza światem wielkich korporacji czy urzędniczych hierarchii), z kolei na ich twarzach wywoływały sarkastyczne uśmieszki. Byli oburzeni, że ze strony społeczeństwa (albo może państwa czy też rządu) nie spotyka ich oferta na miarę rozbudzonych w nich oczekiwań i zamierzali dalej protestować, by wypracowanie takiej oferty wymusić. W jaki sposób i na podstawie jakich środków miałoby to być zrobione? Na tak postawione pytanie moi hiszpańscy studenci, chociaż byli już niemal dyplomowanymi ekonomistami, nie mieli gotowej odpowiedzi. I chyba nawet nie przejawiali specjalnych chęci, by łamać sobie głowy nad jej znalezieniem.
Przyszło lato i moi studenci rozjechali się na wakacje. I oto w samym środku tych wakacji, od 6 sierpnia poczynając, Londynem i innymi miastami Wielkiej Brytanii wstrząsnęły burzliwe zamieszki. Tysiące demonstrantów starły się z oddziałami policji, doszło do znacznych zniszczeń, aresztowano ponad tysiąc uczestników zajść. Czy było coś wspólnego między tymi ostatnimi i oburzonymi z Madrytu? Pierwsza ocena sytuacji prowadziła mnie ku stanowczemu stwierdzeniu: NIE! Zapalnikiem brytyjskich zamieszek była śmierć młodego przestępcy, który zginął od policyjnej kuli, gdy próbował uniknąć zatrzymania, środowiska przestępcze wyraźnie dominowały nad przebiegiem wydarzeń – skalę masowych grabieży oszacowano na 100 mln funtów, a ich ofiarą w wielu przypadkach padły nie ekskluzywne centra handlowe, lecz mieszkania i firmy ciężko pracującej klasy średniej, przestępstw – kradzieży i gwałtów – dopuszczano się nawet wobec współuczestników wydarzeń. Można czuć zaniepokojenie liczebnością aktywnych i potencjalnych (bardzo łatwych do zaktywizowania) środowisk przestępczych w Wielkiej Brytanii, ale nie można na podstawie ich zachowań wnioskować o kształtowaniu się nastrojów społecznych. Czy jednak aby na pewno? Jeden z obładowanych kradzionymi dobrami włamywaczy nie zawahał się przed skierowaniem ku mikrofonowi i kamerze następujących słów: „Wziąłem tylko to, na co zasługuję, a na czego zakup nie mogłem sobie pozwolić”. Zawarte jest w tym krótkim zdaniu olbrzymie napięcie – z jednej strony przeświadczenie o prawie do posiadania markowych, kosztownych dóbr (być może ukształtowane i podsycane przez wszechobecność reklam), a z drugiej świadomość, że praca i uzyskiwane wynagrodzenie nie zapewniają ku nim dostępu. Znajdujemy w tym zdaniu wyraz głębokiej frustracji, a to, że przybrała ona wymiar masowy – w znacznej części przesuwając się na obszar czysto kryminalny – może być poważnym sygnałem napięcia narastającego w brytyjskim społeczeństwie. Sygnałem wcale nie mniej poważnym niż łomotanie pustymi garnkami o bruk Madrytu.
Wakacje letnie dobiegły końca i mocny akcent towarzyszący rozpoczęciu nowego roku szkolnego pojawił się w USA: tysiące młodych ludzi podchwyciły hasło „Occupy Wall Street”. Dlaczego uznali za stosowne okupowanie ulicy, która stanowi symbol amerykańskiej gospodarki? Najmocniej wyeksponowaną kwestią w nowojorskim proteście był sprzeciw wobec nierówności społecznych. Statystyki dokumentują dosyć przekonująco, że do najbogatszych obywateli USA – stanowiących 1 proc. społeczeństwa – należy około 30 proc. ogólnonarodowego bogactwa. Dlatego protestujący określali siebie jako „ruch 99%” (ten odsetek, nieco zagadkowy dla niewtajemniczonych, pojawił się na niezliczonych transparentach kołyszących się nad tłumem). Przyjęta linia podziału bez wątpienia była chwytliwa propagandowo, ale – jak każde uproszczenie – zdradzała też koncepcyjne słabości. To, że protestujący nie należeli do jednoprocentowego grona krezusów, a jedynie reprezentowali mniej zamożną większość, trudno było uznać za jednoznaczną legitymację do wyrażania oburzenia. Przecież w najmniejszym stopniu nie zmieniało to faktu, że do 99 proc. Amerykanów należy 70 proc. narodowego stanu posiadania, co wcale nie jest mało. I że owe 70 proc. również nie jest podzielone między 99 proc. posiadaczy w doskonale sprawiedliwy sposób. Nic dziwnego, że jako odpowiedź na „ruch 99%” bardzo szybko pojawił się „ruch 53%” (czyli tych pięćdziesięciu trzech procent Amerykanów, którzy regularnie płacą federalny podatek dochodowy – czytaj: utrzymują Wuja Sama – w odróżnieniu od 47 proc., którzy z rozmaitych powodów tego nie robią). Wydaje się, że bardziej nośnym uzasadnieniem dla oburzenia „okupantów” Wall Street była rządowa pomoc dla prywatnych instytucji finansowych, a tym samym przerzucenie kosztów ich błędnych decyzji na barki podatników. Jednak temu – słusznemu skądinąd – wymiarowi oburzenia nie towarzyszyła analiza ogólnospołecznych kosztów, które mogłyby powstać, gdyby rząd instytucji finansowych nie uratował.
Dokonując przeglądu zagranicznych przejawów oburzenia, świadomie na sam koniec zostawiłem Greków, którzy wyraz swojemu oburzeniu dają od wielu miesięcy, w sposób niemal permanentny i niezwykle zarazem żywiołowy. Co tak bardzo Greków oburza? Przede wszystkim dążenie rządu do ustabilizowania finansów publicznych, co nie może się dokonać bez znacznego (od 15 do 25 proc.) obniżenia przeciętnych dochodów netto. Grecy nie chcą się pogodzić z tak bolesną kuracją, nie ufają swoim politykom i wymiana premiera Jeorjosa Papandreu na Lukasa Papademosa z punktu widzenia nastrojów na ateńskich ulicach jak na razie niczego nie zmieniła. Ale Grecy pretensje mają także do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego, pod których presją znajdują się politycy greccy – w powszechnym odczuciu MFW, UE i EBC to reprezentacja bogaczy z Europy Zachodniej, którzy próbują narzucić Grecji swój finansowy dyktat. To, że poddanie się temu dyktatowi jest jedynym sposobem na utrzymanie Grecji w strefie euro (a ponad trzy czwarte Greków nie chce powrotu do drachmy), jakoś oburzonym umyka. W tym sensie w postawie greckich oburzonych widoczna jest najgłębsza może wewnętrzna sprzeczność – i zachować euro, i uchylić się od wysiłku spełniania kryteriów z Maastricht, od których zachowanie euro zależy. Chociaż ostatnio i w greckim oburzeniu następuje pewne przesunięcie kierunku i akcentów. Coraz więcej ludzi zaczyna mówić: „Dlaczego tak wielu – przede wszystkim przedstawiciele wolnych zawodów i właściciele firm – może unikać płacenia podatków? Jeśli już musimy ratować budżet państwa, to dlaczego tego ciężaru nie dźwigamy solidarnie?”
Czy mamy oburzonych w Polsce? Nie chciałbym się rozwodzić nad dosyć groteskowym zbiegowiskiem nastolatków, którzy małpowali zachowania obejrzane w telewizji. Dołączający do nich prominentny polityk, który z tej okazji przyjechał swoim jaguarem, tylko tę groteskowość uwypuklił. Ale polskie oburzenie ma też wymiar bardzo poważny. Jeśli można przyciągnąć trzecią część elektoratu, istotę wyborczego przesłania sprowadzając do haseł: „Dzieje nam się krzywda! Jesteśmy lekceważeni i poniżani! Zasługujemy na więcej!”, to nie jest to nic innego, jak dowód na istnienie znaczącej grupy oburzonych. Być może jeszcze nie w pełni zdeterminowanych i zmobilizowanych, ale na pewno potencjalnych. Na szczęście większość tego polskiego oburzenia wciąż znajduje wyraz – przynajmniej w zdecydowanej większości swoich przejawów – w ramach normalnie funkcjonujących ram demokratycznego państwa, ale nie powinniśmy zakładać, że zupełnie nie grozi nam doświadczenie Grecji czy Hiszpanii.
Starałem się pokazać, że oburzenie stało się w ostatnich miesiącach – dodajmy: w piątym roku globalnego kryzysu finansowego – zjawiskiem rozpowszechnionym. Różne są jego odmiany – od kryminalnych ekscesów (Wielka Brytania), poprzez próby alternatywnego uprawiania polityki (USA, Hiszpania), po klasyczną mobilizację elektoratu (Polska, Węgry). Ale wszystkie odmiany oburzenia niosą ten sam ważny sygnał: we współczesnych społeczeństwach narasta nowy rodzaj napięcia, którego nie wolno lekceważyć. Jakaś część tych społeczeństw – w dużej części obejmująca najmłodsze roczniki ich dorosłych obywateli – cierpi na poczucie braku perspektyw, niemożność znalezienia dla siebie satysfakcjonującego miejsca w otaczającej rzeczywistości i w konsekwencji pogłębiającą się frustrację. Sami zainteresowani ograniczają się do protestów i nie proponują żadnych konkretnych rozwiązań. Tym większa odpowiedzialność ciąży na tych, od których rozwiązań takich się oczekuje – intelektualistach, liderach biznesu i politykach.
Artykuł ukazał się w numerze 4(19), październik – grudzień 2011 Kuriera Finansowego oraz Europejskiego Doradcy Samorządowego