Komu naprawdę przydałaby się edukacja ekonomiczna?

Komu naprawdę przydałaby się edukacja ekonomiczna?
Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie fot. lesslemon/stock.adobe.com
Co parę lat pojawiają się przekrojowe badania poziomu wiedzy ekonomicznej. Z dużym zainteresowaniem sięgamy po nie, by stwierdzić, że stopniowo Polki i Polacy pną się w górę, ale daleko im do liderów.

dr Marek Dietl – Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezydencie RP

(fot. archiwum prywatne)

Patrząc w statystyki wyciągam inny wniosek: w ciągu trzech i pół dekady zrobiliśmy ogromny postęp w rozumieniu gospodarki rynkowej. W wielu obszarach instytucje finansowe nie stworzyły dla nas jednak dostatecznie atrakcyjnej oferty.

Choć cykliczne badania przez lata lokowały nasze społeczeństwo poniżej średniej OECD, trend pozostaje jednoznaczny – szybko nadrabiamy dystans. W ciągu trzech dekad przeszliśmy drogę od gospodarki planowej do sprawnego funkcjonowania w realiach rynku. To nie jest marginalny postęp. Tymczasem sektor finansowy zdaje się rozwijać wolniej niż jego klienci.

Dane strukturalne tylko wzmacniają tę obserwację. Polska odpowiada za ok. 1,3% PKB krajów OECD, lecz jej udział w globalnych aktywach finansowych jest kilkukrotnie niższy. System pozostaje zdominowany przez banki, a filar kapitałowy – naturalne środowisko długoterminowego inwestowania i finansowania wzrostu – wciąż nie odgrywa roli adekwatnej do potencjału gospodarki. Popularna diagnoza, że „Polacy nie znają się na finansach”, brzmi efektownie, ale jest intelektualnym skrótem. Łatwiej obarczyć klienta niż zapytać o jakość i konkurencyjność produktu.

Pierwszym przykładem tej luki jest rynek ETF, fundament globalnej rewolucji inwestowania pasywnego. W Polsce rozwijał się on z wieloletnim opóźnieniem, tłumaczonym regulacyjną ostrożnością, przywiązaniem do lokalnych interpretacji oraz obroną wysokich opłat przez część branży. Efekt? Choć aktywa rosną, większość inwestycji Polacy lokują poza krajem. Klient zagłosował portfelem – wybrał dostępność, niskie koszty i szeroką ofertę, nawet jeśli oznaczało to wyjście poza rodzimy rynek.

Drugi przykład to „przegapiona hossa”. W okresie dobrej koniunktury udział inwestorów indywidualnych w obrotach maleje, mimo rosnącej liczby rachunków. To nie oznaka bierności, lecz zmiany kierunku – kapitał płynie tam, gdzie widzi większe możliwości. Młodsze pokolenia funkcjonują globalnie, a nowe klasy aktywów traktują jako naturalne rozszerzenie rynku. Jednocześnie słabnie aktywność przedsiębiorców na giełdzie, choć warunki makroekonomiczne sprzyjają emisjom. To sygnał, że oferta przestaje być dla nich atrakcyjna.

Trzeci obszar to wykorzystanie kapitału długoterminowego. Znaczne środki emerytalne mogłyby zasilać segmenty o wyższej stopie zwrotu – infrastrukturę, private equity czy venture capital. W praktyce dzieje się to w ograniczonym stopniu, przez co rozwój najbardziej innowacyjnych firm bywa finansowany za granicą. Tracimy nie tylko potencjalne zyski, lecz także wpływ na kierunki wzrostu.

Podsumowując: zamiast biedzić się nad statystykami edukacji ekonomicznej, lepiej pracujmy nad atrakcyjną i zrozumiałą ofertą dla klienta-inwestora.

Źródło: Fundacja Warszawski Instytut Bankowości