Refleksje inwestora: Niepodjęte wyzwania i zmarnowane szanse

Udostępnij Ikona facebook Ikona LinkedIn Ikona twitter

kf.2013.k1.foto.005.250xJeszcze rok, dwa lata temu dominowało pytanie, czy mamy szanse na sukces i co należy zrobić, aby te sukcesy osiągnąć. Jakie bariery to warunkują, jakie są koszty i jakie korzyści...? Ale stopniowo takie podejście u rosnącej rzeszy inwestorów przekształciło się w pytanie, czego nie zrobiliśmy i co dalej będzie w sytuacji coraz mniej korzystnych uwarunkowań zewnętrznych?

Zbigniew R. Wierzbicki

Wszystkich szokował niedostatek zainteresowania polityków egzystencjalnymi problemami kraju i społeczeństwa, nadmiernie zaangażowanych w nieustającą wojnę o interpretacje zdarzeń przeszłych, o to kogo historia jest najprawdziwsza. Stąd coraz więcej niezależnych głosów coraz ostrzej formułowało pytanie, dlaczego do diaska oni nie zajmują się gospodarką, nie przygotowują alternatywnych strategii rozwoju?

Dlaczego przegrywamy?

Natomiast dzisiaj w roku 2013 zaczyna stopniowo dominować pytanie: nie dlaczego przegrywamy historyczne szanse i nie podejmujemy na czas koniecznych wyzwań, lecz jak będziemy się staczać w dół, czyli jaki negatywny scenariusz będzie najbardziej prawdopodobny, gdy wybije godzina zero i upubliczni się problem kryzysu finansów publicznych, który pociągnie za sobą krach gospodarczy kraju.

Na przełomie roku był aż nadmiar informacji o tym, że USA zbliżyły się do klifu fiskalnego, natomiast nie pisano prawie nic o tym, że Polska od lat przechadza się nad przepaścią klifu fiskalnego i tylko kolejne sztuczki księgowe MF i nadmierna pobłażliwość KE i Eurostatu, którzy nie chcą aktualnie afery na wschodniej flance UE, umożliwiają nie tylko polskiemu rządowi, ale i całemu tzw. establishmentowi politycznemu, kontynuację iluzji i show dla lemingów, że niby zatrzymaliśmy się w pędzie do katastrofy i że niby mamy poprawę w zakresie deficytu i długu publicznego.

Kolejne ekipy rządzące Polską zapominają, że minister z łaciny to sługa, a pierwszy minister, czyli premier, jest kierownikiem teamu, którego celem jest służenie krajowi, czyli polskim obywatelom. Banał? Truizm? Czyżby? Obserwując zachowanie władzy ustawodawczej i wykonawczej, można podejrzewać, że znaczna część prominentnych osób zapomniała (albo co gorsza nigdy nie wiedziała), co jest ich podstawowym obowiązkiem, a także komu (bo nie sobie) mają służyć. Dzisiaj dominuje podejście, że co jest dobre dla budżetu państwa, jest także dobre dla kraju i dla obywateli. Mało kto ma czelność powiedzieć, że przecież to oczywisty nonsens. Czy wyższe dochody podatkowe, opłaty, dochody z kar i mandatów itd. lepiej służą dobru Rzeczypospolitej. Niestety nawet jedynie nieliczni z opozycyjnych polityków mają odwagę myśleć i mówić inaczej. Mamy do czynienia z coraz wyraźniejszą dominacją interesów nowej veblenowskiej klasy próżniaczej, czyli kilkuset tysięcy urzędników, na wynagrodzenia których trzeba zwiększyć wydatki w budżecie nawet kosztem potrzeb reszty społeczeństwa. Wobec tego przegrywamy w historycznym wymiarze, nie podejmując w odpowiednim czasie wyzwań, nie rozwiązując nabrzmiałych problemów, nie formułujemy jasno racjonalnych strategii, nie ma celów akceptowanych społecznie umożliwiających realizacje trudnych przekształceń. Politykom wydaje się, że jak o czymś nie będziemy mówić, to problemu nie ma.

Zjawiskiem, które znakomicie utrudnia poprawne funkcjonowanie i systemu politycznego, i systemu gospodarczego jest jawne publiczne łamanie standardów konstytucyjnych podziałów między władzą ustawodawczą i władzą wykonawczą, co ma miejsce na każdym kroku i stało się wręcz zwyczajem na wszystkich szczeblach władzy, w tym nawet na poziomie wielu gmin. W takich warunkach nawet nie wywołuje reakcji mediów amoralność faktu, że premier jako lider partii rządzącej wyznacza de facto marszałka Sejmu, a liderzy pozostałych partii wicemarszałków. Zwyczajten – rodem z PRL – został skwapliwie zaakceptowany w III RP przez wszystkie bez wyjątku koalicje polityczne, a jest typowym przykładem dominacji władzy wykonawczej wobec władzy ustawodawczej. Temu towarzyszą podobne działania wobec władzy sądowniczej. Zasady monteskiuszowskiego rozdziału triady władz, gdzieś się tułają w studenckich podręcznikach, ale nawet profesorowie konstytucjonaliści nie mają już odwagi wytknąć anormalności tej sytuacji. W tym kontekście nie budzi zdziwienia, że minister zarządza sądami i de facto robi z nimi, co chce. Po złamaniu wszystkich standardów nikt nie śmie przypominać o ideałach, bo to niemodne, archaiczne i co gorsza antyrządowe, w stosunku do dowolnej koalicji rządzącej tym krajem. Oburzenie tymi patologiami traktowane jest jako niewłaściwe politycznie. Żyjemy więc w świecie równoległym. W tym kontekście oburzenie przeciw temu, że rządzący albo nie chcą, albo niestety nie umieją dokonać sanacji państwa traktowane jest od kilkunastu lat jako przejaw działań antyrządowych, a nawet przeciwko establishmentowi politycznemu. Oburzenie to jest stygmatyzowane jako nieodpowiedzialność, jako nierozumienie sytuacji i uwarunkowań itd. i ten spektakl trwa od połowy lat 90. XX w. Jest już najwyższy czas, aby obywatele, w tym także inwestorzy od drobnych po wielkich, zaczęli dobitniej wyrażać swoje oburzenie, że rządzący dopuścili do gigantycznego zadłużenia sektora finansów publicznych, do naruszenia wszelkich racjonalnych makroproporcji z punktu widzenia bezpieczeństwa ekonomicznego Rzeczypospolitej na dziś, na jutro i w skali odpowiedzialności za losy kolejnych generacji. Czy naganne jest oburzenie, że kolejne ekipy tylko obiecywały reformę systemu finansów publicznych i jak zwykle za każdym razem kończyło się i kończy się jeszcze większym skostnieniem struktur oraz instytucji, czyli coraz większą urzędniczą arteriosklerozą, większymi kosztami armii urzędniczej i coraz wyższymi wynagrodzeniami i premiami, które sobie ten aparat wypłaca, i to w dodatku z dochodów z naszych ...

Artykuł jest płatny. Aby uzyskać dostęp można:

  • zalogować się na swoje konto, jeśli wcześniej dokonano zakupu (w tym prenumeraty),
  • wykupić dostęp do pojedynczego artykułu: SMS, cena 5 zł netto (6,15 zł brutto) - kup artykuł
  • wykupić dostęp do całego wydania pisma, w którym jest ten artykuł: SMS, cena 19 zł netto (23,37 zł brutto) - kup całe wydanie,
  • zaprenumerować pismo, aby uzyskać dostęp do wydań bieżących i wszystkich archiwalnych: wejdź na aleBank.pl/sklep.

Uwaga:

  • zalogowanym użytkownikom, podczas wpisywania kodu, zakup zostanie przypisany i zapamiętany do wykorzystania w przyszłości,
  • wpisanie kodu bez zalogowania spowoduje przyznanie uprawnień dostępu do artykułu/wydania na 24 godziny (lub krócej w przypadku wyczyszczenia plików Cookies).

Komunikat dla uczestników Programu Wiedza online:

  • bezpłatny dostęp do artykułu wymaga zalogowania się na konto typu BANKOWIEC, STUDENT lub NAUCZYCIEL AKADEMICKI