Mit amerykańskich nierówności

Mit amerykańskich nierówności
Jan Cipiur Fot. Autor
Udostępnij Ikona facebook Ikona LinkedIn Ikona twitter
Nierówności dochodowe budzą namiętności, ale głównie na piśmie. Większość na Zachodzie główkuje jak wspiąć się po drabinie, niewielu jak ściągnąć sąsiada usadowionego na niej sporo wyżej. Z kolei na tzw. globalnym Południu nierówności nie są takim „palącym” problemem jak u nas, bo miliardom ludzi bardziej doskwierają głodowe dochody niż to, że sąsiad dostaje kilka rupii, czy dirhamów mikrej dniówki więcej, pisze Jan Cipiur.

Do rzeczy jednak. Frapującej, bo daleko od dominującego nurtu, w którym niemal wszyscy płyną – bez wysiłku – z prądem.

Za dwa tygodnie ukaże się w Stanach książka o amerykańskim micie nierówności („The Myth of American Ineqality” napisanej przez Phila Gramma – byłego szefa senackiej komisji ds. bankowości i Johna Early – dwukrotnie zastępcę komisarza rządowego Biura Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics).

Autorzy dzielą się w niej tezą, że najbardziej niekorzystną w ostatnim półwieczu zmianą w dystrybucji dochodów w USA nie były bynajmniej rosnące nierówności dochodowe, a wyjątkowy wzrost równości wśród 60 proc. zarobkujących, znajdujących się w przedziale od dochodów najniższych do średnich.

Amerykański walec na dochody

Piszą, że realne, czyli oczyszczone z inflacji, świadczenia (transfery) rządowe wypłacane osobom z dolnych 20 proc. gospodarstw domowych miały wzrosnąć w latach 1967‒2017 o 269 proc., czyli ponad dwuipółkrotnie, podczas gdy dochody realne po opodatkowaniu gospodarstw o średnich dochodach (middle-income) wzrosły w tym samym okresie o 154 proc. tj. półtora razy.

Tak duża rozpiętość podziałała jak walec na dochody 60 proc. amerykańskich gospodarstw domowych z dolnych rejonów zarobków.

Można to oceniać na dwa co najmniej sposoby. Rząd robił co trzeba by równać, starał się jak umiał. A może to biznes zasypiał gruszki w popiele i skąpił najcenniejszej, bo dobrze wykwalifikowanej grupie zatrudnianych.

Gramm i Early wydają się sądzić, że rząd (kolektywny i zarazem różnorodny, bo raz spod znaku osła, raz słonia) bywał zanadto szczodry. Twierdzą, że efektem tej szczodrości jest spadek aktywności zawodowej (participation rate) wśród osób w wieku produkcyjnym z grupy gospodarstw z niskimi dochodami.

Wskazują, że wbrew szacunkom Biura Spisów (The Census Bureau) różnica nierówności między grupami 20 proc. najuboższych gospodarstw i takim samym odsetkiem gospodarstw najlepiej sytuowanych nie wzrosła przez minione półwiecze o 21 proc. – jak twierdzi Biuro Spisów, a w rzeczywistości spadła o 3 proc.

W ich opinii przyczyniło się do populistycznego wzmożenia w USA i zwijania się sił politycznych dominujących w kraju od prawie 100 lat.

Efektem tej szczodrości (rządu) jest spadek aktywności zawodowej (participation rate) wśród osób w wieku produkcyjnym z grupy gospodarstw z niskimi dochodami

W mocno niepoprawnym politycznie, ale nieskrywanym za mową-trawą skrócie, populistów słychać bardziej  i widać więcej, bo mimo że mniej pracują, to na życie starcza, za to czasu i energii na gardłowanie od rzeczy mają teraz więcej.

Populiści na fali

Liczby zdają się przemawiać za takim ujęciem, choć – rzecz jasna – na lep populizmu łapią się nie tylko ubodzy żyjący wskutek tego bez elementarnej wkładki edukacyjnej w sobie.

W 2017 r. w gospodarstwach stanowiących 20 proc. gospodarstw najuboższych, ale z osobami w tzw. wieku produkcyjnym przeciętny roczny dochód z pracy wyniósł ledwo 7 000 dolarów i tylko 36 proc. osób była zatrudniona. Jednak po doliczeniu świadczeń i uwzględnieniu ulg podatkowych dochody tych 20 proc. gospodarstw osiągnęły średnio 48 800 dol. rocznie.

W tym samym roku w tym samym typie gospodarstw dochody z pracy wyniosły w drugim kwintylu (tj. od 20 proc. do 40 proc. na osi dochodowej) 31 800 dol., a 85 proc. członków tych gospodarstw wykonywało prace zarobkowe. Po dodaniu świadczeń i uwzględnieniu ulg średni dochód drugiego kwintyla wynosił 50 500 dol. i był o jedynie 3,5 proc. wyższy niż w pierwszym kwintylu (od 0 proc. do 20 proc. całej populacji, licząc od najniższych do najwyższych dochodów w piątym kwintylu)

A co działo się w środkowym kwintylu gospodarstw w wieku produkcyjnym (40 proc. – 60 proc.)? Pracowali w nim niemal wszyscy (92 proc.), a średnie dochody z pracy wyniosły 66 500 dol. rocznie. Jednakże po podatkach i transferach świadczeń dochody ogółem osób z tego kwintyla ogółem do 61 350 dol., więc były o jedynie jedną czwartą wyższe niż w najgorszym, czyli  pierwszym kwintylu.

Najciekawsze jednak dopiero przed nami. Gospodarstwa amerykańskie z pierwszego kwintyla są mniej liczne – liczą przeciętnie 1,92 osoby, podczas gdy w drugim kwintylu średnia wynosi 2,41, zaś w trzecim – 2,62.

Jeśli uwzględnić liczebność to ujawnia się rzecz niespodziewana – dochody per capita w pierwszym „mało procującym” kwintylu są o 14 proc. wyższe niż w drugim i o 3,3 wyższe niż w trzecim.

Ponieważ z powodu kompresowania kosztów w liczniejszych rodzinach (przy tej samej lampie może czytać kilka osób) miernik per capita może być mylący. Po korekcie o ten czynnik pochodzące głównie z świadczeń dochody pierwszego kwintyla były o 2400 dol. (6,6 proc.) wyższe niż drugiego oraz niższe jedynie o 3 300 dol.(7,8 proc.) niż trzeciego.

Obrazu dopełnia fakt, że udział zarobkujących w pierwszym kwintylu spadł z 68 proc. w 1967 r. do nieco ponad jednej trzeciej (36 proc.) w 2017 r.

Bieda w przebogatych Stanach zjednoczonych

Byłoby nieporozumieniem wyciągać na podstawie danych przedstawianych przez Gramma i Early bardzo stanowcze wnioski, zwłaszcza że wielką część pierwszego kwintyla stanowią w USA kolorowi funkcjonujący w sporej liczbie na poboczach społeczności oraz niedawni imigranci. To z pewnością zamazuje obraz.

Duże obszary biedy w przebogatych Stanach są blizną na obliczu szeroko rozumianego państwa, które z jednej strony nie umie stwarzać miejsc i zachęcić do pracy ludzi najuboższych, a z drugiej wydaje astronomiczne kwoty na świadczenia społeczne, choć z powodu równie astronomicznych kosztów leczenia (banalna operacja wyrostka robaczkowego kosztowała ostatnio znajomego 150 000 !!! dolarów), nie jest w stanie zapewnić powszechnej i kosztowo dostępnej opieki zdrowotnej.

Amerykanie płacą co roku mniej więcej 4,4 biliony (4 400 mld) dol. podatków. Z tej wielkiej kwoty aż dwie piąte (82 proc.) to podatki ściągane od osób z czwartego i piątego kwintyla gospodarstw osiągających dochody z pracy.

W 2017 roku rząd federalny oraz władze stanowe i lokalne wypłaciły w formie redystrybucji dochodów jedną piątą (22 proc.) dochodów gospodarstw domowych osiąganych z pracy, tj. 2,8 bilionów (2 800 mld) dolarów. Ponad 2/3 tej wielkiej kwoty przybrało formę świadczeń dla gospodarstw z pierwszego i drugiego kwintyla. Nie widać tego jednak w oficjalnych statystykach, ponieważ Biuro Spisów zalicza do redystrybucji tylko 900 mld dol., pomijając 1 900 mld dol. uzyskiwanych zwłaszcza w formie przywilejów podatkowych i bonów żywnościowych.

Obszary biedy w przebogatych Stanach są blizną na obliczu szeroko rozumianego państwa, które z jednej strony nie umie stwarzać miejsc i zachęcić do pracy ludzi najuboższych, a z drugiej wydaje astronomiczne kwoty na świadczenia społeczne

Konieczność rozdawania kartek na jedzenie to wielka drzazga w równie wielkim tyłku Ameryki. Będzie w nim tkwiła jeszcze długo. Większość w miarę zasobnych i majętnych Amerykanów ceni swoją pracę i jej efekty, sądząc przy tym słusznie, że nie ma lepszej recepty na powodzenie ekonomiczne niż liberalny lub – jak kto chce – neoliberalny model gospodarczy i zapewne mniej słusznie, że żeby wyjść z biedy wystarczy zakasać rękawy.

Jan Cipiur

Źródło: aleBank.pl